Są rzeczy, których mamy dziewczynek nie powinny sobie odmawiać…

Jak np. kupno stroju baletowego… To że pójdzie raz i potem jej się znudzi to inna sprawa, ale dla samej przyjemności wybierania tiulowych spódniczek i baletek warto to przeżyć… Balet miał już być od ubiegłego roku. Ale nie znaleziono instruktorki. Więc jak odbierałam Łucję to nieźle się zdziwiłam podsłuchawszy kawałek rozmowy:

  • Tosiu, szybko! Bo spóźnimy się na balet!
  • Tosia chodzi na balet?
  • Tak. Dziś ma drugie zajęcia.
  • A gdzie?
  • W domu kultury.
  • Naszym? Nie było instruktora!
  • Ale znaleźli! Przepraszam, musimy lecieć!

Później okazało się, że na balet chodzi więcej dziewczynek z grupy Łucji! Więc wczoraj wsadziłam Miecha w wózek i poszliśmy zapisać Łucję. I wałkuję tej babce w domu kultury:

  • Wie pani, ja mam jeszcze jedną córkę, ale ona jest młodsza. Można powiedzieć, że ma prawie cztery.
  • Oj to trzeba będzie zapytać instruktorkę czy ją przyjmie. A ona jest taka pryncypialna… Kochana! My mamy prawdziwą primabalerinę z teatru!
  • Poważnie??
  • Tak!
  • A co ze strojem? Jak dziewczynki są ubrane?
  • Mają wszystko. I baletki i spódniczki i nawet opaski :))

A potem już z dziewczynami pojechałyśmy kupować Łucji strój. Baletek jest kilka rodzai, spódniczek też, body też… Ja tam się wzruszyłam przy wybieraniu 🙂 A Łucja chciała nałożyć strój już w samochodzie. I nie szło jej wytłumaczyć, że gołe plecy to zły pomysł na takie zimno 🙂 Wieczór cały pokazywała nam różne figury :)))