Wanna, wieczór, panny w kąpieli. Na wodzie unoszą się gumowe zabawki (zastosowałam metodę przerzucania do łazienki części zabawek – w ten sposób po 4 miesiacach można je spokojnie wywalić ;). Łucja żuje jakąś. Lila zresztą też, ale mniej ostentacyjnie. Diabli:
- Łucja! Wypluj tą zabawkę! To jakieś trujące chińskie badziewie!
- To chyba nie chińskie. To Polly Packet. One na pewno są z atestem – wtrąciłam się.
Łucja po kąpieli do mnie na ucho:
- Mamo, ale my nie mamy chińskich zabawek?
- Nie macie, nie macie 🙂
Może i zresztą mają :))
<><>
Był dłuuuugi spacer po mieście. W tym silnym słońcu odkryliśmy, że Miechowi kluje się nie tylko lewa górna jedynka, ale i druga obok też. Ta pierwsza zrobiła już dziurę w dziąśle, a tą drugą dzieli od świata przezroczysty kawałek skóry 🙂 I wszystko jasne skąd to marudzenie. Czapka – rękodzieło z Jasła, a szalik po siostrze. Kwiatek co na nim był, odprułam 🙂

Lila versus mucha w nosie 😉

Oraz mały tatuś, czyli Łucja 🙂 (Justku, a może zrobimy z niej Radwańską?)

