Big in Japan

Pojechałam do supermarketu uzupełnić przedszkolną wyprawkę, ale okazało się, że Witaj Szkoło już zlikwidowali zastępując go Festiwalem Makaronów :/ A ja jeszcze bloki i pędzelki miałam dokupić… Wybierać z tych marnych resztek? Zadzwoniłam więc do babci Luci, żeby dowiozła z Tesco. Ponadto z rynku mają przywieźć żółte ziemniaki, rewelacyjną marchew, którą ostatnio u nich kupiłam, a okazało się być idealna do zupek Miecha (czy wierzycie, że gotowana marchew może mieć SMAK?), no i orzechy 🙂 Za parę godzin, razem z dziadkiem „Bo z dziadkiem jest najlepsza zabawa na świecie” będą u nas.

Do tego czasu idziemy na szybki spacer, potem jadą z tatinem na basen, a ja biorę się za jakiś obiad (weno przybywaj!). Ach no i zanim przeschną mi włosy przerabiam małą lekcję anatomii  na instalacjach Jasona Freeny :)) Naprawdę, mamo, Hello Kitty tak w środku wygląda? Btw. czy wiecie, że Łucja chce jechać do Japonii, żeby się z Hello Kitty spotkać osobiście? Ja marzyłam o Hong Kongu, bo wszystkie ładne zabawki miały to na brzuchu napisane, a ona o Japonii :))

Kids, kids, kids

Wśród rodzinnych historii zachowała się ta o nas na koloniach. Na ogół jeździliśmy na te same, ale relacje dla rodziców były skrajnie różnie. Ja w trosce o to, by się nie martwili pisałam długie i szczegółowe listy, o tym co robimy i jak świetnie nam jest. Mój brat natomiast wysyłał kartkę na której pisał tylko jedno zdanie: Jest mi tu źle, przyjedźcie i zabierzcie mnie stąd.

Łucja to ja. Mistrzyni dobrego PR. W przedszkolu jest super! Lila to mój brat. Nasz Sherlock Holmes- Łucja, obserwuje ją przez okno i raportuje nam (to jej własne inicjatywa) jak się bawi siostrzyczka na placu zabaw. Panie mówią, że jest dobrze i zdecydowanie lepiej niż było ze starszą panną. ALE… Lila opowiada historie dramatyczne…

I Mieszo spacerowy. Będzie go teraz dużo! Btw. nałożyłam mu wczoraj sztruksy po Lili. Te same, w których siostra chodziła! Czyli była 2x taka jak on teraz. I powycierała kolana. A on ma te wycierki na udach :0

Macie 4M4Z1NG tekst :))

7H15 M3554G3 53RV35 7O PR0V3 H0W 0UR M1ND5 C4N D0 4M4Z1NG 7H1NG5! 1MPR3551V3 7H1NG5! 1N 7H3 B3G1NN1NG 17 WA5 H4RD BU7 N0W, 0N 7H15 LIN3 Y0UR M1ND 1S R34D1NG 17 4U70M471C4LLY W17H0U7 3V3N 7H1NK1NG 4B0U7 17, B3 PROUD! 0NLY C34R741N P30PL3 C4N R3AD 7H15. R3 P057 1F U C4N R35D 7H15 

Straszniejsza niż ich złość, jest ich cierpliwość

– o Japończykach, „Imperium Słońca”  (uwielbiam ten film)

Trochę wstyd, że do urzędującej na liście najlepszych książek minionego stulecia, Kociej Kołyski Kurta Vonneguta dotarłam dopiero teraz. Ale dotarłam. Fabuła taka sobie, ale opisana jest tam niezła filozofia – fikcyjna religia – Bokononizm. I jest to coś genialnego. Kierujcie się w życiu taką fomą (nieszkodliwym łgarstwem), która da wam odwagę, dobroć, zdrowie i szczęście. Jakie proste i logiczne, nie? 🙂

Według bokononistów ludzkość jest zorganizowana w tzw. karassy – najczęściej nie powiązane w żaden wyraźny sposób grupy ludzi, którym zostało przez Boga zlecone wykonanie określonego zadania. „Kiedy stwierdzacie, że wasze życie splata się z życiem innego człowieka bez jakiejś logicznej przyczyny, człowiek ten najprawdopodobniej jest członkiem waszego karassu.” Oś karassu zwana jest wampeterem i jest to przedmiot lub idea, wokół której krążą członkowie karassu. Nie muszą się znać, aby skutecznie współpracować. Itd. Dla mnie najlepszym fragmentem ilustrującym ową filozofię jest zdanie: Nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca udzielanymi nam przez Boga. Czyli każde zboczenie z planowej trasy daje nam nie tylko nieoczekiwaną wiedzę, ale przybliża nas do celu. Na chwilę obecną, mocno mi taki nurt pasuje 🙂

<><>

Rozmowa z Łucją:

  • Wiesz mamko, chciałabym być ptakiem.
  • Ale musiałabyś jeść wtedy owady. Dżdżownice, chrząszcze i żuczki. Błeee…
  • Ale mogłabym też jeść jagody z drzew.
  • No mogłabyś. Te, których nie jedzą ludzie.
  • I mogłabyś mi wybudować karmnik. Taki mały domek.
  • Ale musiałbyś znosić jajka!
  • Ale miałabym pisklęta. 🙂

 

Subtelna różnica między menu, a jadłospisem

By nie zapeszyć, ale wygląda na to, że Diabli miał rację, iż proces adaptacyjny Lili w przedszkolu przebiegnie łagodniej niż u Łucji. W niedzielę zafascynowały ją przybory przedszkolne (bibliofilskie geny dziadka Krzycha?) oraz worek z kocykiem i poduszką. Siedziałam z nimi i podpisywałam oglądając każdy przedmiot z osobna. Papier kolorowy do origigami (?), bloki, farbki, kredki, bibuły, fartuszki i plasteliny. Wyprawka Lili jest dużo większa niż Łucji, bo Łucji coś tam zostało z lat poprzednich, a Lili szafka jest pusta. Rano jest trochę marudzenia, ale bez łez. A wczoraj jak po nie pojechałam, usłyszałam magiczne: Czemu tak prędko? Na co odpowiedziałam,  że w tym tygodniu będę je odbierać po obiedzie i dopiero od przyszłego zostaną do podwieczorku. Przy okazji okazało się, że panny nie znają słowa jadłospis, zato znają słowo menu. Jak to słusznie skomentował wujek Marcin, nic tylko czekać, aż będę mówiły co zjadły na lunch w przedszkolu :))

Chociaż w gruncie rzeczy jakby się zastanowić to różnica między jadłospisem a menu jest niewielka. W menu wybierasz, a w jadłospisie jesz to co dają. No i one zdecydowanie wybierają. Ziemniaki z zupy zjadłam. Albo: kaszkę z drugiego dania. Dobre i to 🙂

Sukcesja doświadczeń

  • Mam kolejne doświadczenie do przekazania naszemu synowi.
  • Jakie?
  • Nigdy nie gól klaty.
  • Swędzi?
  • Strasznie.
  • Miałam się Ciebie zapytać wcześniej: też Ci się marszczą jajka przy sikaniu?
  • Nie wiem. Nigdy nie oglądałem się od tej strony przy sikaniu 🙂

Ojców z synami wiele łączy. Tak samo jak matki z córkami. Był kiedyś taki film o facecie, który jednego dnia dowiaduje się, że zostało mu pół roku życia oraz, że urodzi mu się syn. Kupuje więc kamerę i zaczyna się nagrywać. Tak przy codziennych czynnościach. Gada do tej kamery i przekazuje wszystkie męskie mądrości, które mu przyjdą do głowy. Pamiętacie jak pisałam o jednym znajomym, który założył stronę własnego syna, lecz pisze ją tak niby że maluch to pisze? Uważam, że to bzdura, bo taka forma nic nie wnosi. To nawet żenujące pokazywać w życiu dorosłym, że „mniam! smokusie są wspaniałe”. O ileż ciekawsze by to było, gdy ten znajomy pisał to jako ON. Ojciec o synu…

„Wziąłem na ręce małą kulkę. Zostałem ojcem. Czy podołam? O ileż łatwiej jest kobietom!”

Diabli też powoli zbiera rzeczy, które będzie chciał przekazać Mieszkowi 🙂 O kobietach, gotowaniu i goleniu… O co chodzi z tym goleniem klaty? Tak po-wakacyjnie nie chciało się nam wychodzić z tej beztroskiej aury i na pytanie Diabla, czy nie zgolić torsu, rzuciłam, że powinien sobie zostawić tylko taki Disco busz, czyli ten pasek od pępka w dół… No a on się nieoczekiwanie posłuchał… ;D

Po-letnie porządki

Z całym szacunkiem dla wszystkich ciężarnych ;)) odkryłam ostatnio, że miło jest NIE być w ciąży. Stałam na stacji benzynowej dzierżąc pistolet, wokół mnie unosiła się zapachowa aura ropy, a ja beztrosko, a nawet z pewną przyjemnością ją wdychałam. Nie to, że lubię zapach benzyny, ale wyjątkowo relaksujące wydało mi się niemyślenie o tym, że nie mogę, bo to może komuś zaszkodzić. Innego dnia zrobiłam porządek w herbatach i odkryłam kilka pudełek herbat z hibiskusem. Na początku ciąży nie można ich pić (bo coś tam), pod koniec też nie (bo coś tam innego), a one są pyszne! Katuję więc od kilku dni siebie i Diabla czerwonymi herbatami.

A dziś zabrałam się za porządki. Takie duże, po-letnie porządki. Z odkurzaniem, usuwaniem trucheł komarów, zmianą pościeli i odsuwaniem łóżek. Jak byłam w ciąży to zmianę pościeli rozbijałam na dwa dni. Jednego dnia naszą, drugiego dnia dziewczyn. Żeby się nie forsować. A dziś zrobiłam wszystkich naraz. I Mieszka też. Pod jego poduszką znalazłam laurki od Łucji i trzy czapeczki (pamiętacie jak martwiliśmy się odstającym uchem? :)) Dziewczyny zjeżdżały na stercie pościeli i poszewek po schodach na dół, a potem wywaliłam ją na wietrzenie na dwór.

I w tym momencie kończy się idylla. Bo nienawidzę robić porządków. Mogę prasować, mogę układać zabawki, ale nie znoszę porządków. Po zamknięciu piętra ogarnęła mnie taka furia, że aż zrobiłam mężowi awanturę 🙂 Nie pamiętam już o co, ale chyba mu również wygarnęłam, że Miecho ma cały czas nie opuszczony poziom w łóżeczku. A już siada. I że trawa nie skoszona. I że niech jedzie z dziewczynami na basen. I pewnie jeszcze o milion rzeczy. Ale przynajmniej wzięłam go do galopu :))

<>

Leżał, a od dni paru również siedzi :))

Niczym ekskluzywna matka z jednym dzieckiem

Jest takie zjawisko grup blogów fotograficznych. Skrzykuje się kilku blogerów i przez rok dopingując i oceniając się nawzajem mają wklejać zdjęcia. Codziennie. To świetna szkoła fotografii. Jakby nie było jest jakiś moderator, który co tydzień rzuca nowy temat. Zauroczyło mnie na jednym z takich blogów rozumienie tematu: cisza. Co jest ciszą? Śpiące dziecko i pusty korytarz szkolny. Genialne!

Ciszy się nie zauważa. Ci co mają dzieci wiedzą, że dom wypełnia taki szum, który oswajamy i przestajemy rejestrować. Ale jak dzieci nie ma to TE domy, aż od ciszy dzwonią. Mieszko bez sióstr staje się małomówny… Wyjęłam naczynia ze zmywarki, włożyłam nowe, rozwiesiłam pranie, chwilę poprasowałam (w Borgiach zafascynowała mnie Julia Farnesse- chciałabym mieć taki dar rozmowy z młodymi kobietami!), zrobiłam sobie jajecznicę, poskładałam klocki…. Co jeszcze można zrobić? Wysłałam parę zaległych meili, przypomniałam się pracodawcom (niech oni chcą się uczyć rosyjskiego w tym roku!), przejrzałam allegro i stroje kąpielowe na listku. Może podskoczę do sklepu to jakoś do 13stej zleci…

A drugi dzień przedszkola był kiepski. Jeśli pierwszy był zły, to drugi był tragiczny. Nie chodzi oczywiście o Łucję, która jest pochłonięta życiem towarzyskim i intrygami, godnymi XV wiecznego Rzymu, ale o malucha Lilę. Jej płacz było słychać na zewnątrz przedszkola :(((( I nie chciała rano iść. „Wczoraj iszłam do przedszkola. Nie chcę iść 2 razy.” Ależ w takich chwilach zazdroszczę rodzicom dzieci towarzyskich!

<><>

20:30. Updatuję obrazkiem Łucji. Całkowicie samodzielnym. Weszła do namiotu i wyszła z A4 obrazkiem. Dwa koty. Uważam, że wspaniałe. Nie po mnie ma taki talent 🙂 Nie ja ją tego nauczyłam :))

Barbie&Pamela

Ruszyły 🙂 Z kapciami w patchworkowych workach i w kapeluszach. Łucja ma szafkę z marchewką, Lila z pieskiem. Odbieram je zaraz po obiedzie i wtedy będę wiedzieć jak poszło. Starsza siostra ma przychodzić i pocieszać młodszą. Ale póki co pełne zapału 🙂 Łucja zresztą wstała i z samego rana przeglądała przedszkolne albumy. A jutro mamy zebranie, bo podobno jakieś większe zmiany wprowadzono.

Wyprawki jeszcze nie mają. Część już kupiłam, ale listy co obowiązkowe nie powiesili. Narazie. Dałam już im natomiast ręczniczki. Łucja ma ubiegłoroczne, a Lili kupiłam trzy nowe. I tak jak poprzednio WYSZYŁAM imię i przyszyłam wieszaczki :)))

Dlaczego Pamela? To nowa ksywa Lili. Wcześniej Łucja mówiła do niej Plama, a wczoraj cały dzień było Pamela :))) To nawet lepsze niż Plama 😉 Pamela, chodź za mną! Pamela weź kotka, itd :))