– o Japończykach, „Imperium Słońca” (uwielbiam ten film)
Trochę wstyd, że do urzędującej na liście najlepszych książek minionego stulecia, Kociej Kołyski Kurta Vonneguta dotarłam dopiero teraz. Ale dotarłam. Fabuła taka sobie, ale opisana jest tam niezła filozofia – fikcyjna religia – Bokononizm. I jest to coś genialnego. Kierujcie się w życiu taką fomą (nieszkodliwym łgarstwem), która da wam odwagę, dobroć, zdrowie i szczęście. Jakie proste i logiczne, nie? 🙂
Według bokononistów ludzkość jest zorganizowana w tzw. karassy – najczęściej nie powiązane w żaden wyraźny sposób grupy ludzi, którym zostało przez Boga zlecone wykonanie określonego zadania. „Kiedy stwierdzacie, że wasze życie splata się z życiem innego człowieka bez jakiejś logicznej przyczyny, człowiek ten najprawdopodobniej jest członkiem waszego karassu.” Oś karassu zwana jest wampeterem i jest to przedmiot lub idea, wokół której krążą członkowie karassu. Nie muszą się znać, aby skutecznie współpracować. Itd. Dla mnie najlepszym fragmentem ilustrującym ową filozofię jest zdanie: Nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca udzielanymi nam przez Boga. Czyli każde zboczenie z planowej trasy daje nam nie tylko nieoczekiwaną wiedzę, ale przybliża nas do celu. Na chwilę obecną, mocno mi taki nurt pasuje 🙂
<><>
Rozmowa z Łucją:
- Wiesz mamko, chciałabym być ptakiem.
- Ale musiałabyś jeść wtedy owady. Dżdżownice, chrząszcze i żuczki. Błeee…
- Ale mogłabym też jeść jagody z drzew.
- No mogłabyś. Te, których nie jedzą ludzie.
- I mogłabyś mi wybudować karmnik. Taki mały domek.
- Ale musiałbyś znosić jajka!
- Ale miałabym pisklęta. 🙂

