Z całym szacunkiem dla wszystkich ciężarnych ;)) odkryłam ostatnio, że miło jest NIE być w ciąży. Stałam na stacji benzynowej dzierżąc pistolet, wokół mnie unosiła się zapachowa aura ropy, a ja beztrosko, a nawet z pewną przyjemnością ją wdychałam. Nie to, że lubię zapach benzyny, ale wyjątkowo relaksujące wydało mi się niemyślenie o tym, że nie mogę, bo to może komuś zaszkodzić. Innego dnia zrobiłam porządek w herbatach i odkryłam kilka pudełek herbat z hibiskusem. Na początku ciąży nie można ich pić (bo coś tam), pod koniec też nie (bo coś tam innego), a one są pyszne! Katuję więc od kilku dni siebie i Diabla czerwonymi herbatami.
A dziś zabrałam się za porządki. Takie duże, po-letnie porządki. Z odkurzaniem, usuwaniem trucheł komarów, zmianą pościeli i odsuwaniem łóżek. Jak byłam w ciąży to zmianę pościeli rozbijałam na dwa dni. Jednego dnia naszą, drugiego dnia dziewczyn. Żeby się nie forsować. A dziś zrobiłam wszystkich naraz. I Mieszka też. Pod jego poduszką znalazłam laurki od Łucji i trzy czapeczki (pamiętacie jak martwiliśmy się odstającym uchem? :)) Dziewczyny zjeżdżały na stercie pościeli i poszewek po schodach na dół, a potem wywaliłam ją na wietrzenie na dwór.
I w tym momencie kończy się idylla. Bo nienawidzę robić porządków. Mogę prasować, mogę układać zabawki, ale nie znoszę porządków. Po zamknięciu piętra ogarnęła mnie taka furia, że aż zrobiłam mężowi awanturę 🙂 Nie pamiętam już o co, ale chyba mu również wygarnęłam, że Miecho ma cały czas nie opuszczony poziom w łóżeczku. A już siada. I że trawa nie skoszona. I że niech jedzie z dziewczynami na basen. I pewnie jeszcze o milion rzeczy. Ale przynajmniej wzięłam go do galopu :))
<>
Leżał, a od dni paru również siedzi :))


