Zabrała mnie dzisiaj znajoma na Targi Cukiernicze. To była JEJ branża, bo zanim postanowiła zostać nauczycielką miała manufakturę pierników. A targi to bardzo ciekawy projekt, całkowicie edukacyjnie niedoceniany, a poruszający sporo pedagogicznych aspektów. Przede wszystkim targi pokazują dzieciom, że w świecie ludzi dorosłych liczą się relacje. Te wszystkie uściski dłoni, small talki, poklepywania czy chociażby wymiana wizytówek przekładają się bezpośrednio na późniejszy finansowy sukces. Ponadto targi są zawsze w formule międzynarodowej, więc SŁYCHAĆ też, że płynność językowa jest oczywista. A jeśli tłem są nieskończone stanowiska z lodami i ciasteczkami, które otrzymuje się bezpłatnie, to zauważymy, że nawet komunikacyjnie zablokowane dziecko SAMO będzie kolejne przysmaki zdobywało. W wersji mini przerabiamy to wakacjach: Możesz, jak sobie SAM kupisz, a w takich realiach działo się to samo. Czy podobało mi się? TAK, ale… słodycze to nie jest mój żywioł. Znalazłam jakiegoś Turka, który miał piece grzewcze i piekł pomidory i one były najsmaczniejsze. Te wszystkie mono-porcje i rzeźby z cukru to także nie jest mój świat. Dochodzę do wniosku, że smak jest u mnie PRZED estetyką i wielka porcja pysznego ciasta ZAWSZE wygra przed talerzem pełnym misternych, fikuśnych ciasteczek.






Za to, jak wróciłam do domu wrzuciłyśmy z Lilka karkówkę do marynaty i pognałyśmy na siłownię. A potem wróciłyśmy i przygotowałyśmy intensywny i kaloryczny obiad. Przednówek to trudny okres także folgujmy sobie bez skrupułów!
