Zmokło nawet morze

-Albert Camus, Powrót do Tipasy.

Pada, zamieniłam zimowe buty na kalosze, ale równolegle zaczynamy ostatni tydzień lutego! Nie mam co czytać, więc poszłam wczoraj do pokoju dziewczyn i z ich książkowej półki wybrałam „Żywicielkę”. Obróciłam na tylną stronę i widzę, że to wydane przy pomocy Amnesty International, czyli jednak od zawsze pchałam Łucję w jakimś tam określonym kierunku.

Najważniejsza sprawa w tym tygodniu to wizyta na poczcie, którą przekładam od tygodnia i mam nadzieję, że te awiza co to je mam w ilościach kilku, są jeszcze aktualne. Dziś, dość wcześnie rano, byłam u dziadków, zabrałam im trochę drewna, bo chociaż ciepło, to w powietrzu pojawiło się dużo wilgoci, więc warto dom podsuszać. Lilka miała w sobotę studniówkę, co oznacza, że o tego tygodnia NIE ma już prób, CZYLI do szkoły będzie chodziła JUŻ regularnie. W sklepach wszędzie króluje Wielkanoc, ale nie oszukujmy się, do świąt ponad miesiąc!

A, no i sprzątam sobie, bo dwa pełne weekendy poza domem, tzn. jest ruina!

taką mieliśmy pogadankę w sobotę o poranku… Bo Bibs, nie chodzi beze mnie na spacery, więc ZAWSZE dopytuję, czy TYM razem się udało…