🦌dzwonią dzwonki sań 🦌

Dziś rozsypał mi się grafik. Ruszyłam wczoraj z kopyta, dziś Diabli miał rano przejąć smarki, a ja chciałam zapakować podchoinkowe fanty i ruszyć do dziadków. Aaaale, Diabli z kuzynami ruszyli na śledzika (cieszę się bardzo, że już NIE jestem żoną i nie muszę się tym emocjonować), większość dnia odsypiał i po dzieci przyjechał gdy ja JUŻ pojechałam do dziadków. Prezentów oczywiście NIE zapakowałam, lecz spróbuję to zrobić jutro RANO, gdy Mieszko ruszy na roraty, a panny będą JESZCZE spać. I zaczynamy ten okres, który mnie irytuje równie mocno jak wakacje, gdy ja mam pracę, a towarzystwo mi siedzi na głowie. Dziś Lila miała OGROMNEGO doła, że nie jest ważna dla swojego rodzeństwa, Łucja rozpaczała, że nigdy nie będzie jej stać na własny dom, a Mieszko zgłosił, że chce zajmować się boksem (nie, absolutnie nie, zresztą ortopeda do 16 roku zabronił mu sportów siłowych).

🦌🦌🦌🦌

Z lekkich, około-świątecznych tematów, Łucja potrafi śpiewać jingle bell po persku (w tamtej wersji jest podobno coś o reniferach), zawiozłam Lutce mrożone grzyby i ubieraliśmy dziś u dziadków choinkę. Przeczytałam także tekst o łusce karpia, że tradycja łuski jest starsza niż chrześcijaństwo i to symbol dobrobytu!

🦌🦌🦌🦌🦌

Ekipa z wczoraj, zanim wsiedli do windy, gdzieś na mieście: