Wczoraj przed zaśnięciem poczułam jakiś taki żal. Qrcze, ciągle w takim biegu! Kiedy ja będę mieć czas dla SIEBIE? Kiedy będę myśleć o sobie? Przecież w kółko coś tylko ogarniam i spinam. Człowiek nie ma nawet czas zastanowić się nad upływem czasu, bo im szybciej leci tym szybciej mi jakaś kasa wpływa i przez chwilę się unoszę. Nie miała jednak ta myśl czasu by zamienić się w falę melacholii czy następujące po niej tornado smutku, bo zwyczajnie zasnęłam. Rano za to obudziłam się poirytywana, że takie kretyńskie rozkminy zabrały mi bezcenne pięć minut snu.
Za to dziś zgrałam zawartość mojego dysku na przenośną pamięć, bo odwoziłam mojego kochanego lapka do serwisu. I przy tym przegrywaniu zajrzałam do pamięci „tej przenośnej pamieci” by zobaczyć zawartość moich DWÓCH poprzednich laptopów 🙂 Czyli cofnęłam się do zamierzchłych epok, gdzie Mieszko dopiero się pojawił… Jeden folder nazywał się: fotki z aparatu Łucji i pochodził z listopada 2013 🙂 Ależ to był chaos! Jakiż mieliśmy bajzel w domu! A te lamperie żółci na ścianach! Dumna z tego byłam, że sprytnie zamalowałam odciśnięte łapki na ścianach! Psa mieliśmy od niedawna i Lila rzewnie zauważyła, że na jednej fotce leczy dołek wtulając się w jego sierść. I cofam to myślenie o trudach, bo teraz to naprawdę jest luz 🙂

Laptopa cały czas nie mam – mam nadzieję, że JUTRO do mnie wróci, ale co gorsza w serwisie wylądował też komp Mieszka. I to jest na tyle skomplikowane, że byliśmy dzisiaj w serwisie DWUKROTNIE i jutro będziemy też conajmniej TYLE razy. Nici więc z wyprawy na jabłka!
