Mam nadzieję, że ogólny zarys planu tygodnia JUŻ zostanie, a jeżeli tak, TO we wtorki będę robić pannom duże śniadania. Dla Lilki to dzień, kiedy ma najwięcej lekcji, a Łucja wychodzi na tyle późno, że dam radę i w nią coś wepchnąć. Mam też krótkie okienko, w którym mogę podjechać na rynek i dziś kupiłam jesienne truskawki (zjedzono je z makaronem!), słonecznik, cukinie i pomidory. Strasznie drogie są jabłka i ziemniaki, ale TEŻ je mamy i jutro będzie warzywna uczta. Wczoraj w tym „kreatywnym tworzeniu kolacji z niczego” wykombinowałyśmy z Lilką kaszę jaglaną z kapustą pak-choi i było to bardzo dobre połączenie (kasza jak to kasza, a do do tego na wierzch podsmażona na oleju sezamowym kapusta z imbirem).
Byłam również w bibliotece, bo Łucja ma pierwszą lekturę i dziadek z pewnością ma tę książkę, ale to może być jakieś kolekcjonerskie wydanie (panny powiedziały, że „z autografem Tołstoja i imienną dedykacją dla dziadka” – tak wiemy, że Zbrodnia i Kara to Dostojewski i że OBAJ żyli PRZED dziadkiem), a przy okazji pożyczyłam sobie dwa kolejne audiobooki (Max Cziornyj i Cixin Liu). A ponieważ pod biblioteką NIE ma gdzie zaparkować pojechałam tam na rowerze i przyszło mi do głowy, że dopóki CIEPŁO to raz dziennie muszę się na dwukołowcu przejechać, bo to przyjemne.

