I śniło mi się, że mam orła

-i myślałam wpierw, że to papuga i zastanawiałam się skąd taki ptak bez właściciela, a jak mu się przyjrzałam, to był to orzeł stepowy (jest w ogóle coś takiego?) – i puszczałam go na polach, a on do mnie wracał…

Pokłóciłam się z Mieszkiem. Chciałam mu KONIECZNIE pokazać filmik, gdzie kameleon kołysze się do muzyki po rosyjsku i w którymś momencie pada słowo: Pakemoncziki. A on nie chciał i krzyczał, że nie chce. A ja chciałam. No i od tego krzyczenia na siebie spadła ceramiczna maska ze ściany… W sumie chyba nawet jej nie lubiłam, ale mam teraz samotnego gwoździa do zagospodarowania… No i NIGDY więcej nie możemy na siebie krzyczeć! 🙂

Trawa skoszona; podsypałam ziemią ubiegłoroczne doły, które wykopała Bibi i muszę wysiać na nie trawę. Plus taki, że ona CHYBA już TAK nie kopie… Obejrzeliśmy odcinek specjalny Biedronki i Czarnego Kota; wysłałam meila do kina, które jest tuż obok mojej szkoły, że może nam zrobią seans Cruelli? (ależ ten film ma recenzje!); zrzuciłyśmy na pen-drive materiały Łucji; zakończyły się trzy z konkursów, w których brałam udział (ZNOWU nic nie wygrałam, a tak liczyłam na tego kampera); przeczytałam o planowanym kolejnym remoncie drogowym, na trasie którą mam do szkoły i teraz to zupełnie nie wiem jak mam TAM jeździć…

Panny na JEDNEJ wspólnej kanapie pod kocem (zagapione w „Biedronkę”), Bibi sępiąca przekąski zgromadzano na TEN odcinek, Mister M w wersji MAD, oraz ogródek z plackami czarnej ziemi w dołach…