Zajogowana na Wianki!

Wybrałam się dziś rano na Jogę. Zajęcia z Zumby się skończyły, mam ochotę na jakiś maraton zumby, ale to jest w godzinach późno-wieczornych, więc technicznie trudne do zrobienia. Wrócę więc pewnie do niej jesienią. Bieganie po okolicznych polach ze względu na alergię leży, ale dostałam zaproszenie na jogę, więc poszłam. Yoga classes miały być w budynku, ale jak doszłam to okazało się, że są na dworze. W parku, na wieeelkim trawniku. Trochę było chłodno, ale przynajmniej nie kichałam 🙂

Iii?? Fajnie. Naprawdę się odprężyłam, chociaż ja ogólnie jestem odprężona 😉 Co więcej jak doszliśmy do tego buczenia, to tak już byłam wkręcona, że to Raaaam, rzeczywiście brzęczało w całym moim ciele. Biegały między nami wiewiórki, więc chyba też lubię jogę. Podobało mi się. Co więcej, okazało się, że jutro jest Międzynarodowy Dzień Jogi i też jestem na zajęcia zaproszona. W innym miejscu i o jakiejś kosmicznie wczesnej godzinie, ale z dzieciakami już ustaliłam, że może tak być, że jak się obudzą to mnie nie będzie (lecz szybko wrócę 🙂

(moja noga to obrazek w prawym górnym rogu 🙂

Paradoksalnie okazuje się, że bez tej „baby” mężczyzna władca sobie nie radzi

 – z wałkowania „Królowej Śniegu”, czyli pierwszej opowieści o femme-fatale. I stamtąd też: Ciekawe, że kiedy coś wciąga mężczyznę nadaje on zwykle temu twarz kobiety. Kiedy go ogrzewa miłość, jest to świat kobiety, kiedy go zabiera nicość, to też ma twarz kobiety…

Rano Łucja zaniosła do szkoły cukierki. Urodziny, jak to widać na suwaczku dopiero za dwa miesiące, ale panna marzyła by TEŻ podzielić się cuksami z klasą. Zapakowałyśmy smakołyki do palm (dawno temu w hurcie wzięłam taką ilość, że starczyło. Nie zdążyłam foto-zarchiwizować, ale efekt podobno był O-GRO-MNY! 😀

<><>

Mieszko:

  • Dziś w przedszkolu się OGRUBIAŁEM na zjeżdżalni.

??? zakładam, że chodzi o tycie – oppsosite do odchudzanie, ale dlaczego na zjeżdżalni??

<><>

Jest, wrócił, leży i wygrzewa mi się na masce 😉 A ja myślałam, że to fascynacja na jedną noc 🙂

(tak naprawdę to ONA i sąsiadów 😉

Kochać kapryśną kobietę to jak podróżować na źrebaku przez lód

-Wikingowie, s03

Stół odpuszczam.Walczyłam z nim pięć dni i mam dość. Nie wszystko dało się scyklinować. Ta różowa bejca to powłaziła tak,że piłuję,piłuję, a to co cały czas jest. Więc niech będzie jak jest, za dwa lata do niego wrócę 🙂 Koncepcja była inna, ale już mi się nie chce, dom leży odłogiem, czas wrócić do codzienności.

Za to zaproszenia na powitanie lata zrobiliśmy! 🙂

I w bonusie Lilka.. w MOICH kaloszach (i z dziurą na kolanie). Buty to taki jej patent: Mieszko, załóż moje buty, a ja założę mamy, to będzie SZYBCIEJ. 😀

stołu dzień czwarty

23:20-ścia. Rozstawiam sobie deskę do prasowania, po czym po namyśle przechodzę do kuchni zrobić sobie herbatę. Po schodach schodzi Liliowe zombi…

  • Mamo…
  • Słońce, dlaczego Ty nie śpisz?
  • Mamo… A jeśli wampir przyjdzie do naszego domu?
  • Nie przyjdzie.
  • Dlaczego nie?
  • Bo mamy czosnek.
  • Pokaż.

🙂 To zabawne, ale ONE mnie ciągle sprawdzają 🙂

<><>

Dziś przyszły fotoalbumy, które zamówiłam dla klasy Lilki. W sumie razem z dwiema wychowawczyniami to 24 sztuki. Bardzo są fajne. Świetnie się je robiło, program był intuicyjny i gdyby nie to, że już nie ma czasu zamówiłabym też takie dla klasy Łucji. Nic straconego, zamówię za rok na zakończenie etapu nauczania początkowego.

Lubię silnych mężczyzn, więc wybieram Sub-Zero

 -Uciekinier

Włączyłam sobie wczoraj do prasowania Running Man-a. Ależ to genialny film był 🙂 W ogóle się nie zestarzał. I bardzo fajnie, że nikt nie silił się na wymyślanie strojów przyszłości. Stroje w filmie to kwintesencja ’80-tych i to jest takie kosmiczne, że po prostu pasuje. Teksty Arnold rzuca na poziomie Bonda i chociaż leciało to w środku nocy z przyjemnością sobie obejrzałam.

A dziś wzięłam na warsztat stół z kuchni. Przypomnę, że pastwię się nad nim średnio co dwa lata, był już różowy, był pociągnięty ciemno-brązową farbą do zacierek i był też biały. Sąsiad dał ręczną szlifierkę, więc piłuję. Jutro muszę pojechać do marketu budowlanego po papier ścierny o wyższej gradacji to pójdzie szybciej. Przy okazji kupię lakier bezbarwny z wałeczkiem. I może aceton, bo z uchwytów inaczej nie sczyszczę. Fajnie było by skończyć jutro to cyklinowanie, bo maszyna strasznie hałasuje, a akurat po sąsiedzku pusto (warsztat ze względu na tę ilość pyłu zrobiłam sobie na dworze) i nikomu to nie przeszkadza.

U góry dolnego obrazka macie before, niżej pierwszy after. Będzie mocniej zeszlifowane, ale nawet jeśli zatrzymam się na tym etapie, to i tak jest już dużo lepiej 🙂

I jeszcze tak bonsusowo „Późny obiad” z wczoraj 🙂

Lato czeka

Ulubiony kolega Mieszka – Oskar – miał dzisiaj urodziny. Kupiliśmy dla niego trzy piłki i w sposób mistrzowski zapakowaliśmy 🙂 Wyszła nam czapka (piłki były różnej wielkości). Impreza odbyła się w starej świetlicy niedaleko przedszkola. To taka chata ze sklejki, pomalowana od środka na intensywne kolory. Były jakieś plakaty z kalendarzy strażackich (tata kolegi jest strażakiem) i bardzo MI to miejsce odpowiadało. Mam zawsze z tym problem, bo ludzie czasem nie dowierzają temu mojemu zachwytowi, ale autentycznie mi się tam podobało!! To było takie… vintage? Biegały te dzieciaki (razem z jubilatem świętowała jego siostra, a zapraszane były CAŁE przedszkolne grupy) po rozświetlonym podwórku, pomiędzy tą odpryskującą farbą i stolikami z białymi papierowymi talerzykami. Super!

Pozostałą trójkę swoich dzieci Diabli zabrał nad rzekę. I też jak widać zabawa się udała 😀

wielka leniwość

Czytam sobie przemiennie dwie książki. Przy jednej potrzebuję ciszy i skupienia, druga to beletrystyka, więc może być przy niej gwar. Jest dmuchany basen, wariactwa w ogródku, więc padło na te drugie. 

Ale najlepsze jest to, że one nawzajem się uzupełniają. U Elif Safak są dwie dziewczyny z masakrycznie pogmatwaną przeszłością, o której nawet nie wiedzą. A w drugiej książce, mam akurat o badaniach jakie przeprowadził Hellinger, dzięki którym odkrył, że na charakter i rozwój człowieka mają wpływ nie tylko nie geny czy wychowanie, ale również specyficzne wydarzenia i fakty z historii rodu, które nie zostały właściwie rozwiązane… Rzecz naprawdę niesamowita!

Zdjęć z dzisiejszego byczenia nie mam (tzn.zrobiłam sporo, ale przebiegle nie włożyłam karty do aparatu ;), lecz dostałam foty z Zielonej Szkoły. Aura trochę nie ta, bo dziś u nas było powyżej 30-stu i powietrze stało, a tam jakby wietrzniej, niemniej jednak widać, że źle nie mieli 🙂

Państwo Kochliwi

Miałam Wam zrobić szybki wpis o tym, że Łucja wróciła z Zielonej Szkoły i ja utknęłam w górze prania 🙂 I o tym, że zakochała się w prowadzącym (Tymku) i pamiątkowy album ozdobiła napisem: I love pan Tymek 🙂 Co zresztą Lutka skwitowała, że dobrze, iż co roku Zielona Szkoła jest w innym miejscu 🙂 I że Łucja nie ma jak nam opowiedzieć jak JEJ te wakacje minęły, bo cały czas Mieszko JEJ opowiada co ON robił przez ten tydzień 🙂

Aaale, Lilka późnym popołudniem wyrżnęła nogą w stół, palec zrobił się fioletowy (nie od razu, bo po kilku godzinach) i okazało się, że panna nie może stanąć na stopie. Całe szczęście był akurat Diabli co przyjechał zobaczyć powrót swojej małej-największej podróżniczki, bo wziął Lilkę i pojechał z nią na ostry dyżur. Ja w tym czasie nakarmiłam Łucję i razem z Mieszkiem wykąpałam. 

Gipsu, ku wielkiej rozpaczy Lilki jednak nie mamy, ale w kartotece doszły jej dwa kolejne rentgeny. Stopa jutro pewnie będzie fioletowa, ma nie stawać na palcach przez trzy dni, a na mnie spadło robienie okładów co trzy godziny 🙂 Niusem dnia jest więc zauroczenie Lilki panem Filipem, czyli doktorem, który ją badał (bo Lilka uwielbia lekarzy), który był wspaniały aż do momentu, kiedy powiedział, że gipsu NIE założy :))

Więc dla równowagi wkleję Wam Mieszeczka, który emabluje małą sąsiadkę…

Ludziki

O figurkach spersonalizowanych  z klocków już już w pewien sposób było. Na przykład, w ubiegłym roku jak dziewczyny kończyły zajęcia pierwszego semestru z eksperymentów, dały prowadzącej mini-figsa w Laborantką. Prezent spodobał się bardzo. I zachciało nam się do tego projektu wrócić. Powód był prozaiczny. Zbliża się zakończenie roku szkolnego  i są osoby, które warto nagrodzić, ale bez jakiegoś wielkiego szumu. Btw. to też dobry prezent na dzień ojca. 

Ma Łucja instruktora pływania i wymyśliła, że zrobi breloczek (dla niego) z NIM. Figurki Lego są dość amorficzne, więc generalnie łatwiej zmontować mężczyznę niż kobietę.  Ale do przepisu…. Zmontowany został ludzik- z tą częścią nie było problemów – ma urok takie montowanie element po elemencie bo dzieciaki pamiętają skąd pochodzą poszczególne klocki. A burzę mózgów mieliśmy  przy rekwizytach (które i tak jako pierwsze odpadną, bo naruszają opływowość sylwetki). Czy trójząb, czy butelka, czy okulary do pływania? Poszczególne elementy zostały sklejone i pozostało tylko przyczepić zawieszkę w z breloczkiem. Breloczki, ogniwa i pętelki mieliśmy. Kiedyś wymyśliłam, że będziemy robić breloczki z korka (wyszły takie sobie, choć zapas korków rokuje, że temat powróci) i miałyśmy tego żelastwa spory zapas. Ogłowiłam się tylko jak połączyć zawieszkę z figurką. Kombinowałam wiertarkę, myślałam, że może u szewca będzie taki rozmiar wiertła, albo może podjadę do mojej dentystki, ale Krzycho telefonicznie doradził: spróbuj na ciepło. Rozgrzej nad ogniem tę cześć i powinno być okej. I miał rację. Ten plastik jest tak miękki, że zawieszka weszła jak w masło.

I wersja po zapakowaniu 🙂