Szlakiem wampirów

Robi się w babcinej pralce piąte pranie, a góra brudów jak była tak jest 😉 Diabla wsadziłam wczoraj w bla bla cars (cudowny wynalazek i polecam korzystać!) i pojechał do domu. My mamy auto i do czwartku posiedzimy z dziadkami. Planów cała masa, ale ogarnięcie brudów jest celem na dziś. Panny robią ice-tea (czy wiecie, że po bułgarsku ice tea to studienczieskij czaj, czyli herbata studentów?) i wychodzi im coraz lepsza. Wersja pierwsza to była torebka herbaty zalana zimną wodą, ale ta sprzed chwili to już pełen wypas z pływającymi plasterkami brzoskwiń.

Tak by nie wychodzić jeszcze z klimatów wakacyjnych słów kilka o Rumunii. To był kraj chaosu; staliśmy tam w jednym z tych nielogicznych wielogodzinnych korków; jechaliśmy najbardziej bezmyślną obwodnicą świata, jaką ma Bukareszt, gdzie wylotówki mają pierwszeństwo; wiedzieliśmy wypadki i setki rozjechanych psów. Ale podróż przez Rumunię to też raj dla oczu. Ten kraj jest autentyntycznie zatykająco dech przepiękny! On jest żywy, intensywny, tłoczny i malowniczy. Jak wracaliśmy to dopadła nas burza na tych krętych górskich ścieżkach. Błysnęła wielka błyskawica i oświetliła na biało zamek na wzgórzu… No tak! To przecież kraina Draculi! Tym razem się nie udało, ale przy kolejnej podróży ułożymy trasę tak by na rozprostowanie nóg wylądować w wampirzym zamku. Jest praktycznie po drodze.

Muszę też pamiętać by zabrać więcej chrupaków. Prowiant z Polski powinien być podwójny. Na drogę TAM i z powrotem. U nas jest tego dużo, tam nie ma pałeczek kukurydzianych, wafli ryżowych, paluszków i tej ogromnej różnorodności ciasteczek. Królują czipsy i pakowane ciastka na bazie ciasta francuskiego i cukru. 

Przejechaliśmy Rumunię prawie całą. Po dużej przekątnej z jednego rogu na drugi. Mieszkańcy byli bardzo przyjaźni, wszędzie chcieli nam pomagać, na jednej stacji benzynowej dali nam mapę by było nam łatwiej jechać, w hotelu czekali z naszym pokojem aż do północy (!!) – a to wyjątkowe biorąc pod uwagę, że wszystkie mijane po drodze noclegownie miały komplet (!!!). Serwowano tam wybitną (i tanią!) kawę, którą piliśmy przy każdym siku czy tankowaniu auta. Po drodze mijaliśmy miejsca do których chciałabym zajrzeć. Np. Park Narodowy Cozia, gdzie tłum aut zaparkowanych przy drodze zaczynał się już dwa kilometry przed atrakcją. Albo Wielki Rynek w Sibiu… To dobre miejsca by wokół nich układać przyszłe trasy tranzytowe. 

Jako posiadacze Dacie budziliśmy dużą sympatię podróżując ich narodową marką. Dacie są wszędzie: to wozy policyjne, taksówki i zwyczajne auta. Pytano się nas ile kosztuje w Polsce i czy też jest gwarancja na trzy lata 🙂 Btw. DACIA to słowo, które pochodzi od nazwy Transylwanii. Dacja to była najbogatsza prowincja Rzymskiego Imperium (Dacja i Tracja – czyli Rumunia i Bułgaria). Istniało nawet rzymskie powiedzenie: Dacia Felix – czyli szczęśliwa :))

 

W drodze powrotnej robiłam foty. Słabe, bo przez szybę, często poruszone i nie dokolorowane. To był trudny przejazd, ale zdecydowanie taka podróż to też przygoda 🙂

Tunel kolejowy:

Przez cały kraj nad miastami są kable. Jak to Diabli zauważył: widocznie mieli ich dużo 😉 Nie kładą tak od domu do domu, po każdej stronie drogi, ale z lewa na prawo. Jak sznurówki. Patrzyłeś do góry i widziałeś kable.

Stacje benzynowe mają logo z kwiatkiem. Słupy pochylają się nad ulicami. Nie tak strzeliście i wielko jak nasze orlenowe orły, ale pasująco do całego kraju. Zaczepiają i intrygują 🙂

Pałacyki:

Kopczyki słomy, poukładane w takie malownicze chochoły 😉

Sklep komórkowy w cerkwi

I mosty na wybrzeżu: