Świętokrzyskie górki i pagórki

Doszłam na tym wyjeździe do wniosku, że po prostu lubię jeździć z tymi naszymi dzieciakami. Zawsze mi brakowało kompana do podróży, a one nie dość że są chętne, to potrzeby wyjazdowe mają identyczne. Są pełne entuzjazmu, wszystko im się podoba i zdecydowanie mniej marudzą niż na codzień w domu. A, no i nie sąpią i nie brzęczą przy straganach z pamiątkami. Nawet je to specjalnie nie interesuje :))

Na widelec wzięliśmy tym razem okolice Chęcin. Miejsce cudowne, choć mało dynamiczne i nie tak zagospodarowane wydarzeniami jak np. Sandomierz. Chodziliśmy sobie rano na śniadanie na gofry, płukaliśmy ręce i nogi w fontannie, zaglądaliśmy po najlepsze na świecie jagodzianki w cukierni przy rynku, a wieczorem zdobywaliśmy górę z zamkiem. Pierwszego wieczora żeby wejść zrobiliśmy podejście ze strasznie ostrej strony i prawie czołgaliśmy się by wejść na górę, więc sądziłam, że mamy dość. Ale kolejnego dnia jak poszliśmy na spacer to Mieszko zapytał:

  • Wchodzimy na zamek?

Oburzyłam się:

  • Chyba zwariowałeś 😉 Po wczorajszym???

Na co Łucja dorzuciła:

  • Ja też bym weszła.

Więc właziliśmy znowu…

Odwiedziliśmy Jaskinię Raj (no foto allowed) wraz z Centrum Neardentalczyka – bardzo fajna atrakcja, choć adresowana głównie do dzieci. Prowadząca nas pod ziemią gasiła światło by pokazać jak jest ciemno i dlaczego jaskiniowcy choć znali wejście do groty nigdy tam nie dotarli (bo nie umieli przenosić światła), w środku widzieliśmy nietoperza i wysłuchaliśmy kilka ciekawych historii i praludziach. Centrum to taki wielki multimedialny namiot, gdzie można zobaczyć figurę mamuta oryginalnych rozmiarów i obejrzeć siedliska jaskiniowców. Mieszko się trochę w jaskini bał, ale podobało mu się, co znaczy, że można będzie takie miejsca do listy atrakcji dopisywać 🙂

Byliśmy w skansenie w Tokarni. Takich miejsc jest w Polsce dużo, ale jak dopisuje pogoda to dobry sposób na spędzenie czasu. Ogromny teren z zabudowaniami z całej Polski, chatami z pełnym wyposażeniem, sklepami, gabinetami lekarzy czy młynami. Niezły był dworek, który by zwiedzać należało wpierw odziać kapcie muzealne ;)) Jak pewnie się domyślacie to był niezły ślizg i taniec 🙂 Zmyliśmy my się prędko, bo Liliana postanowiła otworzyć fortepian i zagrać, więc zanim nadciągnęły panie z obsługi, które się zagadały przy wejściu, uciekliśmy tylnymi drzwiami :DD

KAPCIE!!! :))

Zobaczyliśmy Dąb Bartek, który jest wielki. Ma 30 metrów i podtrzymują go stalowe podpory.

I jeszcze jest taki szlak archeologiczno-hutniczy, na którym są stare piece i huty. Dwa z tej listy w pobliżu Bobrzy też żeśmy obejrzeli! 🙂

Dobre jedzenie, świetna pogoda i trochę jeszcze do zobaczenia zostało. Nie ruszyliśmy Kielc, żywego muzeum porcelany i szlaku literackiego. No i jest cała masa świetnych tras rowerowych. Więc za rok będziemy tam znowu! 🙂