
Wiecie na pewno, albo już zgadliście, że moim rajem urlopowym jest Polska Wschodnia. Aaale, muszę obiektywnie przyznać, że tegoroczny wyjazd w rodzinne strony Krzycha był wybitny. Cały czas była pogoda, znaleźliśmy doskonałą jedzeniową miejscówkę, dużo się działo i było naprawdę wyjątkowo. Właściwie to nie pamiętam, by którykolwiek wyjazd wcześniej w tamte rejony był aż tak idealny :))
Rowery
Jeździliśmy. Biegła za nami dysząca Sziwa, która wpadała do jeziora i pochłaniała wodę niczym wieloryb kryl 🙂 Otwierała paszczę i nie zginęła nóg, a wchodziła tak głęboko, by płyn sam się wlał 🙂 A my jeździliśmy po wiszącym moście, bunkrach pochowanych w lasach i na lody 🙂


Ryby
Nic nie wyszło z ambitnego planu wędkowania (chociaż dziadek zabrał wędki), ale za to odwiedziliśmy kumpla z dzieciństwa ojca. Stacjonował w takim gospodarstwie/punkcie, gdzie łowią ryby. Smażył je nam na małej patelence, chwilę wcześniej obtaczał w mące wysypanej na gazecie i w życiu nie jadłam pyszniejszych ryb! Zjadłam (tak jak chyba każdy uczestnik wyprawy) około kilograma ryb i naprawdę było mi żal, że więcej nie zmieszczę, bo ON nie przestawał smażyć!!! 🙂 Uwielbiam takie miejsca – są bardzo hermetyczne, osoby z zewnątrz tam nie trafiają, a klimat i otoczenie jest nieporównywalne z niczym innym.



Sam połów odbywał się na jeziorze zamkniętym dla ruchu i woda była w nim mistyczna 🙂 Miejscowi nazywają je Szkliste i dno było widać na kilka metrów wgłąb.


Bunkry
Będzie o nich jeszcze jutro 😉 Ale już dziś warto przypomnieć, że to coś co spotyka się w Polsce Północnej i można ich nie lubić, ale to bardzo klimatyczne miejsca. Poukrywane i emanujące historią. Btw. spotkaliśmy nasto-osobowy oddział saperów, którzy cały czas (!!!!) przeczesują lasy w poszukiwaniu niewypałów.





Woda
Pływaliśmy. Na powietrzu i na basenie. Na rowerach wodnych, z psem 😉 i bez, łódką, motorówką, kajakami i wpław. Lubię słodkie wody. W morzu jak mi chlustnie taką solą, to jest wzdrygające, a w jeziorach czy zalewach takich atrakcji nie doświadczysz. Sukces pływacki miały dziewczyny, które całkiem śmiało pływają w kółku, a sukces techniczny miałam ja, kiedy poradziłam sobie z prowadzeniem motorówki – a nie jest to łatwe, bo na wodzie nie ma nic logicznego (patrz ster).






Towarzystwo
Czas mnie goni, więc na zakończenie jeszcze o najważniejszym. Dziadki miały kompanów, co zdynamizowało cały ich urlop, a dzieciaki miały kolegów i koleżanki. To były wnuki i wnuczki naszej gospodyni. Wszystkie rosną w Niemczech i słabo mówią po polsku. Ale co niezwykłe, ani dziewczynom, ani Mieszkowi to nie przeszkadzało. Poniżej fotka jak ganiają się na rowerach z Noe (lat 4). Mały krzyczał: schnella!, a Mieszko równolegle wykrzykiwał: szybciej! :))) Niezłe, nie? Oni po prostu byli na tym samym etapie i język nie stanowił dla nich bariery! 🙂

