Właściwie to nie planowałam już łyżew w tym roku. Diabli miał za zadanie wywieźć je do rodziców (do piwnicy), tudzież wymyślić jakąś chowankę w domu (bo to jednak dużo miejsca zajmuje). Aaale, psim swędem, końskim trafem i kocim fuksem załapaliśmy się na bezpłatną naukę jazdy na łyżwach. To nie jest łatwe, bo większość szkółek wymaga wykupienia całego karnetu, a tak naprawdę to trudno nam było ocenić ich łyżwiarski zapał. Wcisnęłam więc obie panny (Mieszka się nie udało) i zmobilizowałam Diabla by też się wbił w łyżwy i ewentualnie pomagał, bo wejście było tylko dla jednego dziecka, więc żeby nie było, że jest za mało instruktorów na grupę 😉
Było REWELACYJNIE. Odwołuję wszystko co można było przeczytać między wierszami, że uda NAM się nauczyć dzieci jeździć samemu. Sami jeździmy słabo, a tacy instruktorzy wiedzą co robią. Lilka związała się sympatią i uściskiem z jednym trenerem i on pilotował tylko ją, a Łucja działała w grupie. Wywalały się, ale jeździły, a co najważniejsze po upływie godziny W OGÓLE nie chciały z lodu schodzić. Co ciekawe szefowa szkółki od razu przekierowała Diabla w drugi kąt by UCZYŁ się razem z dorosłymi :)) I tak go wykończono, że sądziłam, że mnie udusi, że go w wysiłkowe maliny wpuściłam 🙂 Jakby nie było, tak trzeba dzieci uczyć! Podczas żadnego z tegorocznych wyjazdów dziewczyny nie zrobiły takiego skoku. Właściwie to nawet gdyby zsumować wszystkie tegoroczne wycieczki na lodowisko to nie dorównuje to umiejętnościom jakie dziś nabyły!

Niżej Lilka ze swoim trenerem:

A tu widać Mieszka biegnącego wzdłuż bandy. Od środka idzie Lilka za rękę z Diablim, a na środku tafli po lewej (budyniowo różowy kask) widać (STOJĄCA na środku SAMĄ!) Łuczę.

Lecz nie był to koniec dzisiejszych atrakcji 🙂 Punkt kolejny to były zajęcia z robotyki dla dzieci. Ta robotyka mnie ciekawiła już od dawna, ale chciałam znaleźć zajęcia pojedyncze, żeby wysondować czy pannom spasuje, by wiedzieć na co je zapisywać od września, jak skończą eksperymenty z chemio-fizyki. I pasuje! Układ warsztatów był może nie idealny, bo dwójka dzieci siedziała przy jednym kompie, ale to dobre rozwiązanie dla dziewczyn. Budowała głównie Łucja (jak to powiedziała jedna z pań prowadzących: ona jest bardziej dominująca), ale Lilka była uważnym obserwatorem. Panny zbudowały krokodyla, który miał zaistalowaną fotokomórkę i gdy wkładało się mu palec do paszczy to kłapał nią, a następnie otwierał. Budowały z Lego, a schemat był wyświetlony na monitorze. Na foto najniżej, tuż przed Łucją widać owo cudo 😉


Zresztą wkleję Wam też fotkę przerabianego dziś zestawu. Oooo:

