Na bilansie trzylatka z Mieszkiem miałam dwie uwagi do jego rozwoju. Nie choruje, nie marudzi, ładnie choć po swojemu mówi i ogólnie jest super chłopakiem. Aaale strasznie marznie w nocy (chociaż ma najcieplejszy pokój w domu) oraz czasem (też w nocy) drętwieją mu ręce. Woła mnie wtedy i muszę je mu rozmasować. Nie wiem na ile to jest poważne, lecz starałam się zakładać, że to może być niedobór jakiejś witaminy, albo przypadłość genetyczna, bo wiem że u Diabla w rodzinie tak bywało.
Dok zleciła rozbudowane badanie krwi, które było koszmarem, bo Mieszko wypychał igłę mięśniami i wyszedł z gabinetu nieźle pokłuty. Wyniki były słabe, więc stawiliśmy się na ponowną wizytę u lekarza. Okazało się, że pewne niepokojące mnie hematologiczne rozbieżności są prawidłowe u dzieci do 4 roku życia, ale są inne parametry które należy jeszcze raz, pod innym kątem zbadać.
Miałam nadzieję, że sobie pojeździmy po przychodniach i klinikach, ale wręczono nam dziś po prostu skierowanie do szpitala. Może to i dobre, bo wszystkie badania będą zrobione od razu, zresztą nie wiadomo czy nas przyjmą, czy z izby przyjęć wyślą do domu, ale jutro rano jedziemy. Machina ruszyła. Będę dawać znać.
Tyle było by z pięknego planu, że podmaluję ściany w tym tygodniu
