Teraz tylko wieśmaka potrzebuję do szczęścia…

-powiedziałam mężowi, a on posłuchał i zabrał mnie na obiad 😉

Za mną wizyta lekarska. Dobra wiadomość, że dok oceniła stan mojej stopy na dobry, a nawet bardzo dobry. Potwierdziła, że 6 tygodni w gipsie jest w tym przypadku obowiązkowe. Pogadałyśmy o diecie i odradziła tran, ponieważ ma również działanie zakrzepowe, a to nie jest wskazane. Za tydzień kolejna wizyta, bo trzeba pilnować czy kości się nie przesuną.

Inna sprawa, że po raz kolejny potwierdza się zasada, że by się leczyć, trzeba być zdrowym. Straciliśmy dziś w szpitalu cały dzień. Mieszko z nudów znosił jajo, po odbiór Lilki się spóźniliśmy i na balat, gdzie pognał teraz tatin z córkami też nie będą na czas. Obiad był mac-owy. Trzy happy meale dla dzieciaków i po hambuksie dla dorosłych. Ot, taka dyspensa od diety! 🙂

sztuka organizacji

Nigdy nie lubiłam patrzeć na kołujące ptaki… Jakoś tak kojarzy mi się to z nudą, beznadzieją i ostatecznością. Pamiętam jak po pierwszym roku studiów patrzyłam na ptaki i przyszło mi do głowy, że nie zniosę kolejnego lata patrzenia na ptaki. I pamiętam też jak mój promotor kilka lat później wysnuł na seminarium refleksję: A patrzyła kiedyś Pani na ptaki? Jakie równe odstępy zachowują przy zawracaniu… I nigdy się nie zderzają! To był miły i roztargniony staruszek, ale od tego stwierdzenia przeszedł aż dreszcz po karku. 

Nie mam nic do bocianów w gnieździe, stukającego dzięcioła w lesie czy kaczek na jeziorze. Ale tych latających chmar nie znoszę :/

  • Justyna, fascynujący jest Twój dzień – powiedział Diabli schodząc z góry. Rano odwiózł dziewczyny, podał mi śniadanie, potem zajrzał do budowlanego, a następnie wykańczał poddasze.
  • Ale o co Ci chodzi?
  • Już wiem jak strasznie musisz się nudzić…
  • Ja się nie nudzę. Gdybym była sprawna, to bym przesadzała teraz hibiskusa, albo poszła na spacer z Mieszkiem.
  • To ja pójdę.

I poszedł. A ja zostałam gapiąc się na te ptaki i myśląc, qrcze, może ja jestem źle zorganizowana? On i kluski śląskie (???) na obiad zrobił, i sałatkę z brokuła, i posprzątał i nastawia zmywarkę… Ja tylko obrałam warzywa na zupę, zamówiłam rajstopki (na razie tylko dla Mieszka) i włączyłam pralkę…

<><>

  • Lilu, jak było w przedszkolu?
  • Fajnie. W tym samym momencie zachciało nam się malować z Olą.
  • Wspaniale. To cudowna przyjaciółka! A powiedz, czy bliźniacy są bardzo niegrzeczni?
  • Nie. Są raczej grzeczni.
  • A ktoś może jest w Lili zakochany?
  • Tak. Bartuś.
  • Bartuś?? 
  • Tak. On jest grzeczny. 🙂

Czyli więc i Lila się zakochała. Moja mała pinda 🙂 Jak to trzeba jednak pytać :))

roooz-cią-gaaaa-nieeee

Przy okazji rodzinnych spotkań babcia Diabla na ogół narzeka: Kiedyś to ja mogłam… Ulepić 80 pierogów zajmowało mi chwilę! A i tak ci (o swoich synach) szybciej wyjadali niż ja robiłam!

I powiem Wam, że to spowolnienie jest rzeczywiście najgorsze. Warunki można zaadoptować szybko: zwinęliśmy dywaniki bo się na nich ślizgałam, dietę i rezygnacja ze stania przy kuchni, jakoś przeboleję. Mogę też prasować, jak sobie rozłożę deskę koło wysokiego krzesła, a drugie postawię z boku (chociaż byle jak prasuje się na siedząco). Ale do szału doprowadza mnie, że wszystko co robię trwa dłużej. Chcę zrobić  jajko sadzone dla Mieszeczka i zamiast 2 minut mam conajmniej 10 minut z dyni. Bo wyjmuję patelnię, bo skikam do lodówki, bo w kieszeni przenoszę jajko, bo przykrywam je pokrywką i bo stoję nad tym taki bocian, bo straty czasowe przy chodzeniu są za duże, żebym odchodziła od kuchenki. A potem jeszcze skok po talerz, skok po łopatkę i potem skoków kilka z talerzem w ręku. I wszystko się tak rozciągnęło.

<><><>

  • Justyna, pamiętasz jak straciłaś kiedyś wielbiciela? Tego pomocnika majstra, co był zwinny jak kot?
  • Pamiętam.
  • On chyba wszedł po Tobie do toalety.
  • Nie. On rozmawiał ze mną jak pod wpływem przeciągu otworzyły się drzwi od toalety z której przed chwilą wyszłam.
  • No właśnie. No więc ja straciłem wczoraj wielbicielkę.
  • Którą?
  • Twoją przyjaciółkę. Szła z wózkiem do sklepu, a ja jechałem.
  • Ale ona nie robi zakupów w supermarkecie!
  • Tym razem robiła…  Ale zobaczyła mnie jak dłubię w nosie.
  • I rozumiem, że byłeś już tak głęboko, że nie zdążyłeś wyjąć ręki?
  • Bardzo głęboko…
  • Za zakrętem?
  • Zastanawia mnie skąd Ty wiesz takie rzeczy?
  • Potrafię słuchać męskich opowieści! 🙂

zmiany przy nocniku

  • Odstawiam tabsy anty, Łuka.
  • Ale dlaczego?
  • Bo mają działanie zakrzepowe, a biorę zastrzyki antyzakrzepowe.
  • Ale ja się nie zgadzam!
  • Ale nie wiadomo, czy wogóle jakoś działają w takiej sytuacji.
  • Jasne, jasne, żartuję. Odstawiaj. Ale jak my będziemy współżyć?
  • Współżyć??? Nie ma takiej opcji. 6 tygodni celibatu. Z nogą w gipsie?
  • A w czym to przeszkadza?
  • W czymś. A poza tym jak ja mam się później umyć??
  • Ja będę Cię mył.
  • Chciałbyś! Starczy głupot… Ważna sprawa. Jak wolisz ze zmienianiem pieluchy Mieszka? Czekać, aż sam poczujesz, czy mówić Ci kiedy coś zrobił?
  • Mów.
  • To właśnie zrobił.
  • To w takim razie, aż sam poczuję. 🙂

Lecz z Mieszkiem sprawa jest prosta, bo on sam mówi: pappa jak ma kupę. Ma też zapędy nocnikowe i chociaż planowałam go wysadzać dopiero przyszłego lata, przemknęło mi przez głowę (chwilowo nieaktualne), że można spróbować wcześniej. Cfaniak przychodzi rano, żeby mu zdjąć pieluchę, a potem idzie z Łucją wysikać się na nocnik. Po tej czynności starsza siostra ofiarnie wyciera mu papierem toaletowym siusiaka i zadowolony Mieszko przychodzi by go ubrać 🙂

Świat z perspektywy nogi

  • Wiesz, jak zakładali Ci gips, to zadzwoniłem do Twojego taty…
  • Wiem. Słyszałam jak chodzi po korytarzu i gada.
  • Powiedział, że podałaś przy rejestracji mnie jako osobę do powiadomienia w razie czego.
  • Strasznie to przeżywał. Że kiedyś ojciec był najważniejszy, a teraz mąż.
  • Ale tata żartował! 
  • Nie żartuje się 4x z tego samego. Wierz mi 🙂
  • A tak w ogóle to nie uważasz, że nasz samochód sprawdza się po raz kolejny??
  • Uważam. Jest świetny.
  • Nie tylko jako mikrobus, ale też jako karetka!
  • Wybrałeś doskonale! 🙂

W drodze powrotnej zastosowaliśmy bowiem nową konfigurację 😉 Kierowca+ walizka pierwszy szereg, dziewczyny + moja noga= drugi szereg, a ja i Mieszko- trzeci szereg (bagażnika zabrakło 😉

Suszone pomidory + przepis

Im więcej szukam tym więcej wiem… Metody są dwie. Od pierwszej roi się Internet, druga króluje w książkach „kucharskich celebrytów”… Pierwszy set zrobiłam zdecydowanie pierwszą metodą, drugi, który właśnie powstaje będzie mieszanką obu metod. Bez foto-manuala, ale jak się już wygodnie rozsiadłam w kuchni z taboretem pod nogą, to mi się nie chciało skakać po aparat.

  1. Pomidory wybieramy podłużne. Są osoby, które robią z bawolich, ale podłużne mają tak miękkie te części zielone, że nie trzeba nic wykrawać. Kroimy na ćwiartki lub połówki (połówki lepiej wyglądają w słoiku, ale ćwiartki szybciej się suszą) i wydrążamy gniazda nasienne. Lekko solimy. Ususzone układamy luźno w słoiku, dodajemy bazylię, oregano i czosnek i zalewamy gorącym olejem. Słoiki wekują się same.
  2. Początek taki sam. Myjemy, kroimy. Gniazd nie ruszamy, zostawiamy je przy pomidorach. Suszymy. Pierwszą partię wkładamy do słoika z zalewą. Pozostałą, niewątpliwie większą część wkładamy w woreczku do zamrażarki. Zalewa to oliwa, ocet balsamiczny, rozgnieciony czosnek, chyba miód i świeże zioła. Zalewa jest wielokrotna, czyli jak wyjemy pomidory, to wrzucamy kolejną partię z zamrażarki.

W obu wariantach jeść można kolejnego dnia. Pomidory próbowałam z obu wersji i obie, choć różne w smakach, są wybitne. Wydrążone gniazda nasienne powodują, że pomidory suszą się szybciej. 90-100 stopni/termoobieg i po 3 godzinach są. Tym razem gniazda nasienne zostawiłam. W domu wrzucałam je do bąblującego na innym palniku przecieru, a tak wywalić to mi żal. Więc robią się dłużej. Być może dlatego też, że późno jesienne owoce są bardziej mokre, ale robią się już ósmą godzinę. Będę zalewała ciepłą oliwą do której dodam czosnek+ świeży tymianek i rozmaryn. Wkropię też kilka kropel octu balsamicznego.

<><>

Mieszeczek przyniósł mi obraz. Znaczy się reprodukcję – fotografię wynalezioną w jakimś katalogu. Przyniósł, uśmiechnął się i dał ze słowami: MAMA!

Obraz namalował ok 1858 roku Maksymilian Antoni Piotrowski. „Moja kochana matuleńka” była bardzo dobrze przyjęta przez krytykę, a recenzenci z Krakowskiej ASP pisali: chwytający odcień charakteru naszych WIEŚNIACZEK… 🙂 No cóż 🙂 Btw. obraz będzie wystawiony na aukcji 14 października. Przewidywana estymacja to 100 tys złotych. A to po prostu obrazek szczęśliwej mamy! 🙂

Powieściowe leżakowanie

Zdarzały nam się z Diablim kłótnie w niedzielne poranki. Prosił: Poleż ze mną chwilę. Dzieciaki zajęły się sobą. A ja fukałam: Jest 10-ta. Ja już nie mogę leżeć. Głowa mnie boli od tego leżenia. Muszę wstać!

I tak to niestety z tym leżeniem jest. Skikam już o kulach całkiem sprawnie. Po schodach, ze schodów, do kuchni i do łazienki. Umyć też się potrafię. Mogłabym już nawet funkcjonować, gdyby nie ta nuda na leżąco… Krzycho przyniósł mi stertę książek. Nie nadających się do czytania. On uznaje tylko literaturę faktu, a z beletrystyki akceptuje wyłącznie biografie. W kupce do przeczytania mam też opowieści łagrowe, opracowania na temat Kodu Leonarda i powieść o pogromie żydów w Hiszpanii. A ja potrzebuję się odmóżdżyć, a nie poszerzać horyzonty! Lutka wyrwała się do sąsiadki by pożyczyć jakieś Zafona czy harlequina, co skończyło się awanturą w jakim to świetle go stawia, że NIE MA w domu książki do czytania 🙂

Chodzi mi po głowie nauka jakiegoś rękodzieła. Może nauczę się robić na szydełku? Łucja już prosiła babcię by mnie nauczyła… Ach, no i dzieci mam wspaniałe. Łucja zrozumiała nową sytuację jako pierwsza. Przynosi, podaje, pomaga. Strofowała Lilę gdy to mnie wołała w nocy: Lila, mama do nas nie przyjdzie, bo nie może. Ty musisz do niej iść. Panny się same ubierają, a nawet mój dzielny Mieszko wie, że musi radzić sobie sam. Dziś w nocy obudził się, wyszedł z łóżeczka i przyszedł z pokoju dziecinnego do mnie. Sam, po ciemku.

Jawię się sobie jaka taka powieściowa matka, która leży w przyciemnionym pokoju i jej własne dzieci raz na jakiś czas przychodzą się do niej. I jak ona nie ma migreny to nawet czasem je przytuli… Bo głowa już mnie zaczyna boleć… Więc zazdroszczę wszystkim sprawnym. I Lutce, że mogła pójść z wnukami na plac zabaw i Krzychowi, że pokazuje dziewczynom „eksperymenty fizyczne”!

Mi pozostają koty, które chętnie zalegają na tych, co dużo siedzą…

Dieta przy złamaniach

Bez diety nie ma kobiety, czas i u mnie na kolejną. Mam nadzieję, że Wam to nigdy nie będzie potrzebne, a to że spisuję to taka bardziej informacja dla mnie. Swego czasu dietą udało mi się wyrównać żelazo i poprawić morfologię w ciąży z Mieszkiem, więc może coś w tym jest. Od jutra obiecuję „normalniejsze” tematy.

Ogólnie rzecz biorąc, dieta przy złamaniach jest podobna do tej na przyrost masy, jaką serwują sobie czasem użytkownicy siłowni. Dużo wapnia, witaminy D i białka. Co jeść?

  • Nabiał. Mleko i jego pochodne: kefir, maślanka, jogurty. Powinnam jeść 4 mleczne posiłki dziennie. Ale nie obejmuje to serów pleśniowych i większej części serów żółtych.
  • Ryby morskie tłuste. Sardynki i szproty razem z ośćmi
  • Zielone warzywa: kapustne, sałata i brokuły.
  • Chude mięso. Drobiowe i cielęce.
  • Tłuszcz rybi (muszę kupić kapsułki z chrząstki rekina), jajka i masło. To wszystko to witamina D. Mój organizm może ją wytwarzać ze słońca, więc zaraz zawijam się w kocyk i kładę w ogródku.
  • Składnikiem tkanki kostnej są też fosfor i magnez, ale ich nadmiar nie będzie dobry. Czyli jeść orzechy, ale odstawić rzeczy przetworzone, które są fosforem naszpikowane, czyli np. wędliny czy sery topione.
  • Odstawić sól. Sód ogranicza wchłanianie wapnia. Maksymalnie mała łyżeczka dziennie, więc ponieważ wszystko jest solone, najlepiej zlikwidować całkowicie.
  • Zrezygnować z herbaty i kawy :(( Popijamy herbatką z pokrzywy i skrzypu polnego (żywokostu, kozieradki i dziewanny). Wykluczone są cola i bąbelki.
  • Witamina A i C, czyli owoce. Podobno dobry jest świeży ananas, a szczególnie jego środkowa część, która zawiera substancję zwaną bromeliną.
  • O chlebie nie piszą nic, albo odradzają. Jeśli już to nie ciemny, a biały.
  • I koniecznie dwie przyprawy: cynamon, który wspomaga zrastanie kości i sezam, który ma dużo wapnia. Alkohol jest nie wskazany, choć ponoć niektóre piwa wspomagają zrastanie.

Miałam też dylemat, co z karmieniem Bobka. No bo tak na dobranoc i dzień dobry to praktykujemy. Konsultowałam się z doradcą laktacyjnym i usłyszałam, że nie ma to znaczenia. Ciąża może być obciążeniem przy złamaniu, ale karmienie już nie. Więc nie przerywam. I tak tracę na kontakcie z nim, że nie mogę uczestniczyć w dziecięcych zabawach.

Trzy kości śródstopia

Chciałam rano pojechać z Krzychem na rynek po pomidory. Tyle, że mżyło… Zdzwoniliśmy się więc, że przekładamy zakupy na jutro. Była 10… Dzieci ubrane, śniadanie zjedzone i tak się snułam… Chwilę przed jedenastą wpadłam na genialny pomysł, że pozrywam winogrona. To zrobię sok! Nałożyłam kurtkę, wsunęłam kapcie i zeszłam do piwnicy. Opłukałam w pralni wiadro i otworzyłam drzwi. W kącie spała Kulka, która jak mnie zobaczyła zaczęła strasznie miauczeć. Pogłaskałam ją, wzięłam drabinę i otworzyłam korbką drzwi do ogrodu. Wyszłam po schodach na górę i…. fiknęłam. Nie wiem jak. Noga mi się poślizgnęła, drabina poleciała do góry, zaszumiało i chwile później siedząc na ziemi dotarło do mnie, że nie mogę wstać. Potem stałam w deszczu i myślałam, że nie dam rady zejść w dół. Kulejąc poszłam więc na taras, zapukałam w szybę i Łucja mnie wpuściła.

Czekałam pół godziny, aż ból zelżeje, ale nie puszczało. Zadzwoniłam więc po Lutkę, że nie mogę się ruszyć. 

Prześwietlenie pokazało, że złamałam sobie trzy kości śródstopia w lewej nodze. Drugą, trzecią i czwartą. Te w środku, w części najdłuższej (część na ilustracji żółtą). Koleś, który oglądał rentgena, zapytał: Jak Pani udało się to zrobić? Więc sądzę, że musiałam jakoś tą drabiną machnąć i się nią trzasnąć. Na razie biały gips, a za tydzień na kolejne prześwietlenie. Opuchlizna jest tak duża, że jak zejdzie mogą być za duże luzy w opatrunku. Doktor Internet straszy, że śródstopie to jedno z najgorszych złamań. Ale nie fatalizujmy na zapas. Dzisiejszą dawkę łez i czarnowidztwa już mam za sobą. Wiem, że przez najbliższe 6 tygodni nie mogę się ruszyć i raczyć się mam codziennymi zastrzykami w brzuch. W sobotę przyjeżdża Diabli i przez pierwsze dwa tygodnie opiekę nade mną będzie pełnił on. A potem zobaczymy.

Lutka mi powiedziała, że w nocy śniła się jej Bulimka. Stała i patrzyła na nią tymi wielkimi oczami. Tak strasznie, że mamuśka aż się obudziła. I niech mi teraz nikt nie mówi, że koty nie mają żadnych umiejętności!

Mamine sekrety

Lutka układa sobie pasjansa. Od kiedy tylko pamiętam. Siada przy kuchennym stole wieczorem i układa. Udaje, że coś tam robi, czeka aż się je zmywarka skończy i układa. Jak ma jakiś problem i jak chce się zrelaksować. Ja też układam, ale moje karty zginęły rok temu. Znalazły się z tydzień temu przy remoncie. Były wrzucone do pudełka z zagadkami Smoka Obiboka. I tak chodził za mną ten pasjansik. Wyjęłam więc przed chwilą jej pudełko z kartami. Tak na jedno rozłożenie… Wyjęłam i oniemiałam…. Na święta, może nie te ostatnie, a przedostatnie, dostała nowe karty. Teraz są szare. Czyli musi układać codziennie skoro je tak błyskawicznie zużyła!

  • Wiesz mamuś, właśnie wyczytałam, że DNA syna zostaje w mózgu matki!
  • Czyli ja mam Marcinka w głowie?
  • Nie wiadomo, ale to prawdopodobne. Robiono takie badania i wyszło na to, że kobiety mają 90% własnego DNA, a 10% może pochodzić od ich syna.
  • Czy to coś zmienia?
  • Wygląda na to, że tak. Że wogóle ciąża i nowe DNA w organizmie może powodować zmiany. Ale syna zostaje nawet po ciąży. Może leczyć jakieś komórki, albo wprowadzać zmiany w mózgu. I chronić. 
  • Przed czym?
  • Dokładnie nie wiem. Ale np. Alzhaimer Ci nie grozi. Ale to akurat z innego powodu.
  • Jakiego?
  • To atakuje głównie gospodynie domowe.
  • Czyli myślicie za dużo 😉

Sypialnia dzieciaków:) Trzy łóżeczka obok siebie,chyba po raz ostatni, bo Łucji nogi wystają. I to nie mało, bo już łydki są na zewnątrz… 🙂 I jeszcze jedna fota, bo bardzo trudno jest zrobić zdjęcie trójce, aby przynajmniej jedno nie miało gupiej miny 😉