Święto duchów

Przez pierwsze dni sądziłam, że dam radę zrobić Halloween. W końcu mam Diabla, więc on może porozwieszać dekoracje i kontrolować imprezę. Schodziły zamówione z dużym wyprzedzeniem gadżety, a ja sobie wyobrażałam, że uda mi się wytrzymać spojrzenie mamusiek, gdy będę otwierała drzwi i opierając się o kule mówiła, że przyjęcie zakończy się za 2h i wtedy proszę po odbiór dziecka. Ale przyszło olśnienie, że najgorsza jest taka niemoc i ślamazarność. Zresztą wie o tym każdy, kto to przeszedł. Jak pani Grażynka w przedszkolu, kucharka, która powiedziała, że to straszne, gdy usłyszała od Lili, że mama ma nogę w gipsie. Albo pani psycholog, po której reakcji można się domyślić podobnych doświadczeń. Po prostu człowiek chce być samodzielny i ta chęć radzenia sobie nie wiele ma wspólnego z godnością. Zwaliłam się ze schodów parę razy, więc jak się spieszę to zamiast po ludzku kicać stopień stopniem, zjeżdżam sobie na pupie. Jeśli muszę coś przenieść, a obie ręce mam zajęte kulami to używam do przeniesienia innych części ciała czy garderoby (wpycham rajstopy za gumkę od rajstop, albo wrzucam w dekolt). Był u nas wczoraj mały chłopiec, który podał mi miskę z widelcem. By ją od niego (szybko, bo przecież zaraz puści) odebrać, musiałam przecież wpierw oprzeć o coś kule… Itd.

No więc nie robimy. Gadżety wrzucam do pudła, mam nadzieję, że te elektro 😉 się nie zepsują i będą za rok. Może coś tam nam się przyda przy innej okazji? Może na Andrzejki, bo to przecież za miesiąc? A by uniknąć żalu i pokus, jedziemy do dziadków. Dziś po szkoło-przedszkolu. Odwozi nas Diabli, a przywiezie za kilka dni dziadek. Wklejam Wam za to fotę jak jeden z bohaterów serialu Grimm udekorował swój dom. To wilkołak, krewny Mikołaja (bo przecież kto by wytrzymał te mrozy, jak nie wilk) i wielki zwolennik ozdabiania domu 🙂