Przy okazji rodzinnych spotkań babcia Diabla na ogół narzeka: Kiedyś to ja mogłam… Ulepić 80 pierogów zajmowało mi chwilę! A i tak ci (o swoich synach) szybciej wyjadali niż ja robiłam!
I powiem Wam, że to spowolnienie jest rzeczywiście najgorsze. Warunki można zaadoptować szybko: zwinęliśmy dywaniki bo się na nich ślizgałam, dietę i rezygnacja ze stania przy kuchni, jakoś przeboleję. Mogę też prasować, jak sobie rozłożę deskę koło wysokiego krzesła, a drugie postawię z boku (chociaż byle jak prasuje się na siedząco). Ale do szału doprowadza mnie, że wszystko co robię trwa dłużej. Chcę zrobić jajko sadzone dla Mieszeczka i zamiast 2 minut mam conajmniej 10 minut z dyni. Bo wyjmuję patelnię, bo skikam do lodówki, bo w kieszeni przenoszę jajko, bo przykrywam je pokrywką i bo stoję nad tym taki bocian, bo straty czasowe przy chodzeniu są za duże, żebym odchodziła od kuchenki. A potem jeszcze skok po talerz, skok po łopatkę i potem skoków kilka z talerzem w ręku. I wszystko się tak rozciągnęło.
<><><>
- Justyna, pamiętasz jak straciłaś kiedyś wielbiciela? Tego pomocnika majstra, co był zwinny jak kot?
- Pamiętam.
- On chyba wszedł po Tobie do toalety.
- Nie. On rozmawiał ze mną jak pod wpływem przeciągu otworzyły się drzwi od toalety z której przed chwilą wyszłam.
- No właśnie. No więc ja straciłem wczoraj wielbicielkę.
- Którą?
- Twoją przyjaciółkę. Szła z wózkiem do sklepu, a ja jechałem.
- Ale ona nie robi zakupów w supermarkecie!
- Tym razem robiła… Ale zobaczyła mnie jak dłubię w nosie.
- I rozumiem, że byłeś już tak głęboko, że nie zdążyłeś wyjąć ręki?
- Bardzo głęboko…
- Za zakrętem?
- Zastanawia mnie skąd Ty wiesz takie rzeczy?
- Potrafię słuchać męskich opowieści! 🙂
