Zdarzały nam się z Diablim kłótnie w niedzielne poranki. Prosił: Poleż ze mną chwilę. Dzieciaki zajęły się sobą. A ja fukałam: Jest 10-ta. Ja już nie mogę leżeć. Głowa mnie boli od tego leżenia. Muszę wstać!
I tak to niestety z tym leżeniem jest. Skikam już o kulach całkiem sprawnie. Po schodach, ze schodów, do kuchni i do łazienki. Umyć też się potrafię. Mogłabym już nawet funkcjonować, gdyby nie ta nuda na leżąco… Krzycho przyniósł mi stertę książek. Nie nadających się do czytania. On uznaje tylko literaturę faktu, a z beletrystyki akceptuje wyłącznie biografie. W kupce do przeczytania mam też opowieści łagrowe, opracowania na temat Kodu Leonarda i powieść o pogromie żydów w Hiszpanii. A ja potrzebuję się odmóżdżyć, a nie poszerzać horyzonty! Lutka wyrwała się do sąsiadki by pożyczyć jakieś Zafona czy harlequina, co skończyło się awanturą w jakim to świetle go stawia, że NIE MA w domu książki do czytania 🙂
Chodzi mi po głowie nauka jakiegoś rękodzieła. Może nauczę się robić na szydełku? Łucja już prosiła babcię by mnie nauczyła… Ach, no i dzieci mam wspaniałe. Łucja zrozumiała nową sytuację jako pierwsza. Przynosi, podaje, pomaga. Strofowała Lilę gdy to mnie wołała w nocy: Lila, mama do nas nie przyjdzie, bo nie może. Ty musisz do niej iść. Panny się same ubierają, a nawet mój dzielny Mieszko wie, że musi radzić sobie sam. Dziś w nocy obudził się, wyszedł z łóżeczka i przyszedł z pokoju dziecinnego do mnie. Sam, po ciemku.
Jawię się sobie jaka taka powieściowa matka, która leży w przyciemnionym pokoju i jej własne dzieci raz na jakiś czas przychodzą się do niej. I jak ona nie ma migreny to nawet czasem je przytuli… Bo głowa już mnie zaczyna boleć… Więc zazdroszczę wszystkim sprawnym. I Lutce, że mogła pójść z wnukami na plac zabaw i Krzychowi, że pokazuje dziewczynom „eksperymenty fizyczne”!


Mi pozostają koty, które chętnie zalegają na tych, co dużo siedzą…

