W filmie, który ostatnio oglądałam, bohater rozmawia ze swoją dziewczyną. Panna stoi pod wiatr, długie blond włosy są odwiewane do tyłu, a ona prawi o zaufaniu. Albo o czymś takim. Nie mogłam się wsłuchać, bo irytowały mnie te jej włosy. Przecież tak się nie zdarza! Wiatr zawsze wieje tak, że kudły spadają na twarz, robią asymetryczny przedziałek, albo przyklejają się do szminki. I życie singla, życiem singla, ale jak przechodzę przez jezdnię z trójką dzieci, to muszę mieć wizje 180 stopni wokół. Jeśli wybieram ubrania w sklepie to muszę mieć oczy z tyłu głowy, a jak gotuję i huczy mi zmywarka czy skwierczy tłuszcz, to słuch nie może być przytłumiony przez loki zdobiące moje uszy. Przesadzam? Może trochę, ale irytowały mnie ostatnio moje włosy. Wiązałam je już nawet w kucyk, lecz pomimo pochlebnych recenzji otoczenia, z ulgą dziś ścięłam je do mojej ulubionej długości.
Ścięłam też dziewczynom. Ostatni raz byłyśmy u fryzjera w Giżycku, ale tam załapała się tylko Łucja, bo strasznie dużo ludzi było. Ale to była super fryzjerka. Rude loki wysoko spięte, fartuszek i barokowe kształty. Na koniec „zabiegu” zapytała Łucję:
- Sypnąć Ci brokatem kochanie?
Łucja bezgłośnie skinęła głową i pani wyjęła z kredensu metalowe pudełko „Ewedel” 😉 Takie czerwone serce… Otworzyła je i zapytała:
- Jaki kolorek? Fiolet, srebrny, złoty…
- Fioletowy!
Więc fryzjerka zmieszała to z żelem do włosów najeżyła Łucji grzywkę (na foto chwilę po). Ależ to było zachwycające! Jakby nie było, dziewczyny fryzjera lubią. Łucja to twierdzi, że ona by mogła tam chodzić co tydzień! 🙂

