Potrzeba środka

Diabli rozmawia ze swoim bratem ciotecznym o zespołach ludowych:

  • Najbardziej zdumiewa mnie to, że wykonujące są albo bardzo dorosłe, albo jeszcze nie dorosłe…
  • Wiem co masz na myśli.
  • Brakuje mi tego ŚRODKA.
  • Mi też :))

I mi też tego środka brakuje. I nie chodzi o profesjonalizm… Młódź mamy dorodną, ale to jednak dzieci. Grupa z drugiego bieguna jest pełna pasji i ogromnej wiedzy, no ale żadna się nie nadaje na repertuar pieśni lubieżnych, których przecież w narodzie nie brakowało. Dlatego też jak wyszła Białoruś to tak porwała tłum. Marusia buzi daj to przecież bliskie każdemu :))

<><>

Wczoraj:

Wykąpaliśmy dzieci. Po dwóch „dniach dziecka” woda była czarna… Odpaliłam pralkę, oskrobałam małe ziemniaczki i przygotowałam kurki, które kupiśmy po drodze. I zasiedliśmy z jedzeniem do Chucka. Późne kolacje to jest to! 🙂

Dziś:

Odwiozłam Łuczę (próba generalna przedstawienia na zakończenie roku), rozważałyśmy dlaczego pada deszcz (żeby ziemia nie wyschła i nie było pustyni) i coby było gdyby do przedszkola trzeba było jeździć na wielbłądach. Zaraz zabieram się za zupę, a potem nastawiam kolejne pranie! :))

Za-R-Z-yj koniu, za-R-Z-yj!

Nie jest łatwo trafić na te Kurpie… To znaczy może i łatwo, ale nam wyszło jakoś trudno 😉 Ruszyliśmy zaraz po pracy Diabla. Czas mieliśmy dobry, w perspektywie długi dzień, dzieci szybko zasnęły, więc mogliśmy rozgrzebać każdy temat, który nas gnębił od kilku miesięcy. Cel mieliśmy jasny: dom, gdzie nocleg i wikt zapewniała nam rodzina Diabla. Pozostawało tylko wbić do nawigacji. Wbiłam. Tyle, że każdy kto korzystał z tego typu wynalazków, wie, że jak się wbije jakąś wichurę, jak Piaski, Pruszki czy Peszki, wysypuje Ci naście typów. Różne gminy, powiaty i regiony. Ale wybrałam… Tyle, że źle. Punkt A, do którego zmierzaliśmy był na Podlasiu, a dotarliśmy na Mazury. Punkt B, od punktu A był odległy o 100 kilometrów. Godzina 23:30. I pewnie byśmy tak krążyli po nim do rana szukając chaty i zastanawiając się, kiedy tę remiza pobudowali, i dlaczego cały czas nie ma zasięgu, gdybyśmy nie trafili na drogowskaz do Mrągowa… To była duuuuża awantura później. :))

Lubię folkor. Lubię rękodzieło i uwielbiam folkor. Jak na scenę wjechała kapela z Białorusi i zaśpiewała o kozakach, miłości i koniach to po policzkach popłynęły mi łzy. Tak mnie ta siła pieśni wzruszyła :)) Wiem, obciach 🙂  Inna sprawa, że oni są naprawdę wybitnie profesjonalni. Podczas kiedy u nas większość (chociaż napewno nie wszyscy!) ludowych wykonawców wyskakuje ze strojów zaraz po występie, nakłada jakieś szare t-shirty i staje się zwyczajna,  tamci chodzili przed i po w strojach galowych rozpalając apetyt na przedstawienie. A jak wyszli i ryknęli, bez żadnej przypadkowości i fuxa, to nie dziwi, że startowali poza konkursem.

Przy okazji obejrzeliśmy skansen architektury drewnianianej w Nowogrodzie:

Wymoczyliśmy ręce w rzece i ojedliśmy się waty cukrowej…

Btw. na festynie towarzyszącym imprezie były te stoiska gospodyń wiejskich. Ależ pyszne ciasta te panie upiekły! :)) Diabli towarzyszył mi kanapkami ze smalcem, ale swoją ilość słodyczy też zjadł 😉 Nadwyżkę zrzucał bawiąc się w paparazzi zespołów, na tańcach z dziewczynami pod sceną, albo po prostu na klaskanie :)) Ach, no i na rzucaniu psu (o dziwo, nawet się go dziewczyny nie bały!) gumowego kółka!

Dziewczyny kupiły sobie jakieś takie migające szkaradztwa i pół nocy się tym bawiły:

A i jeszcze próbowaliśmy ułożyć własne pieśni po kurpiowsku :)) Drugą nagrodę w konkursie zdobył pan Henryk, który zaśpiewał: ZaRZyj (r i z wymawiać osobno;) koniu, zarzyj. No więc na tę modłę kombinowaliśmy :))

Mięciasty, mięciasty! Ooo-oo-ooo! Mięciasty, mięciasty!

Na Wielkanoc wujek postawił na stół dzbanek w którym pływały grube łodygi mięty. Ale nie tego supermarketowego wynalazku o przezroczystych liściach i płytkim mentolowym smaku, ale prawdziwej mięty z mięsistymi listkami i włochatymi łodygami. Smak wody był wybitny. Spytałam:

  • Tomciu, skąd masz taką super miętę?!
  • To ta co pod domem rośnie. Na tej ścianie od poczty.
  • Ta sama, co zawsze tu rosła?
  • Tak.

Podał mi jeszcze jak sie nazywa ta odmiana, ale nie zapamiętałam. Ale tę kępę mięty pamiętam… Zawsze tam była. Pamiętam lato gdy zamieszkał w niej kret o mięciutkim futerku i cały czas go stamtąd wyciągaliśmy. To taki był nasz wakacyjny chomiczek…

To lato będzie należeć do mięty. Przynajmniej dla nas. Zaczęło się od mohito Diabla, potem ja zaczęłam miksować z miętą do mięsa, a teraz mi chodzi po głowie wygrzebanie przepisów na czekoladę z miętą. I kupiłam sadzonki mięty. Pieprzową (dwa krzaczki), delikatną jabłkową i czekoladową (ona będzie super do drinków). Aha i wzięłam jeszcze korsykańską, co jest słodkawa, płożącą i ma listki jak tymianek (foto). Wszystkie przyszły pocztą wczoraj. Dokupiłam kwadratowe donice i jak zasadzę będę się chwalić. No i jak pojadę do wujka to mu po prostu kawałek tego jego odmiany podprowadzę 🙂 Mieciaście! 🙂

Makowa panienka

Zapomniałam już, że maki mają zapach. Ale zachwycona Lilą zanurzyłam w nich nos i ja… Dla mnie to pola ze zbożem. I wakacje u babci baardzo wiele lat temu. A dla Was?

<><>

Bardzo bym nie chciała przekazywać dzieciom prawdy, że nie ma na świecie sprawiedliwości. To wygodne uproszczenie. Bo jak się zastanowić sprawiedliwość jest. Może nie taka lustrzana, ale coś na kształt równowagi i Ying-Yang napewno. Nie można robić kariery i bawić się w dom, nie można być demonem sexu i wąchać bobasa, nie można opalać się i nie być spoconym czy też nie można być pięknym i mądrym i jednocześnie mieć pięknego i MĄDREGO 😉 męża. O co tym razem chodzi? Najstarsza grupa w przedszkolu pojechała na Spartakiadę. Ale ponieważ było mało dzieci, pani dyrektor na szybkości dobrała kilkoro ze średniaków. No i Łucji zabrakło w tej grupie. Nie wiem dlaczego, ale jej nie było. No i strasznie to dziś w szatni przeżywała. Muszę więc się zastanowić jak to jej dziś wynagrodzić!

Run Yusta, run!

Spośród umiejętności współczesnego człowieka szybkie bieganie wydaje mi się najważniejsze. Jazda na rowerze jest fajna, ale np ja lubiąca rower, go nie mam, więc nie jeździłam już kilka lat. Albo pływanie… Super sztuka, niestety do wykorzystania tylko na wakacjach, zresztą nie każdych. Za to bieganie może sie przydać zawsze. 

Ucieczka to najprostszy mechanizm obrony. Dawno temu mój brat wracający z grupą kolegów z pubu miał kiepską przygodę w parku, gdy trafili na inną grupę idącą z naprzeciwka. Przygodę, która dla jednego z jego kumpli nie skończyła się najlepiej. Gdy opowiadał mi później tę historię zaczął od słów: Jan zawsze za wolno biegał... Pamiętam gdy poznałam Diabla, gadaliśmy sobie o różnych sytuacjach jakie mogą człowieka spotkać. Usłyszałam wtedy: Pamiętaj, gdyby coś sie nam przydarzyło, nie martw się o mnie, tylko uciekaj. Najszybciej jak potrafisz. Zresztą cały czas jak spotyka mnie coś złego marzę przede wszystkim by zniknąć z tego miejca. Błyskawicznie.

Biegamy. Po kilku pierwszych biegach, kiedy byłam na męża nabzdyczona, zaczęliśmy biegać wspólnie (zgodziłam się na wspólne bieganie). To dobra zmiana. Okazało się, że źle oddycham i jak mój „osobisty trener” mnie przepilotował to nie dość, że przebiegłam więcej, to dużo mniej się zmęczyłam. I dobrze się czuję z tym bieganiem. Brzuszki zarzucone i nie wiem kiedy do nich wrócę. Są strasznie nudne. A bieganie jest extra. Czuję się silna i energetyczna. A po dobrym biegu odpalamy grilla (rekord to 22-ga :), zapalamy lampion i nadrabiamy stracone kalorie karkówką i kiełbaskami. Jest wspaniale! 🙂

<><>

  • Wsiadaj Lila do fotelika!
  • Mama…
  • No?
  • A my mamy duży samochód.
  • Mamy.
  • A tata ma mały!
  • Nie mów tego tacie :))

Stara, karmienie piersią to lepsza inwestycja w dziecko, niż lokata w banku!

– jedna znana mi mama… coś tam jeszcze było o komórkach macierzystych.

Początkujące mamy na forach rówieśniczych można poznać po tym, że narzekają gdy noworodek by tylko jadł i jadł. Te co choć raz to przechodziły, wiedzą, że to bardzo dobry okres. Taki np. Mieszko wszedł już w okres: Weź mamo, przestań z tym jedzeniem! Ja nie MAM czasu!

Bo… i to co robią siostry jest ciekawsze, i tata, który właśnie coś zagadał, i wzorek na mojej bluzce jest fascynujący, nie mówiąc o pluszowym ślimaku, który właśnie został złapany lewą ręką więc można go spróbować władować sobie do buzi. Strasznie to frustrujące. Łapię tego małego pyszczka i mówię spokojnie: Jedz kotku..., ale to na ogół nie działa.

Zaczęliśmy więc wprowadzanie produktów stałych. Słoiczki furory nie zrobiły, lecz opierając się na INTUICJI i Baby Led Weaning Mieszo dostał szwedzki stół warzy i owoców. Marchewka bez emocji, ziemniak ok, ale kalafior to jest to! Kalafior? Mówiłem kalafior?! Fasolka szparagowa jest Wow!!! No i od fasolki zaczynamy naszą wielką przygodę z jedzeniem! 🙂

<><>

Paszportowy. Z nami w kolejce mężczyzna. Z każdą chwilą coraz bardziej zadowolony. Druki wypełnił, zdjęcie porównał, że ma dobre, dowiedział się o opłatę paszportową i zapłacił w kasie. Przy okienku zasiadamy MY. On patrzy się na nas, podchodzi i nad naszymi głowami pyta się urzędniczki:

  • Przepraszam! Jeśli chcę wyrobić paszport dziecku, to mam przyjść z żoną?
  • Nie.
  • No to dobrze…
  • Ma pan przyjść z matką dziecka! 🙂

Ewolucja (lal i poglądów)

Co roku pod choinkę dostaję od Krzycha kalendarz książkowy National Geogaphic. Jest gruby i solidny a na każdej stronie są kolorowe fotografie. Za każdym razem, po upływie roku ląduje dziewiczy na makulaturze. Prosiłam kilka razy: Tatuś, nie kupuj mi takiego ładnego kalendarza. Ja nie mam co zapisywać. Ale ojciec jest niezłomny i niepoprawny:).

Zawaliłam ostatnio dwa zlecania. Chciwie je wzięłam i zrobiłam je źle. Mogę to oczywiście rozkosznie zwalić na hormony i dzieci, i na to, że odpłynęłam od spraw zawodowych, ale mnie to nie usprawiedliwia. Najprawdopodobniej żaden z tych zleceniodawców już do mnie wróci, a trafili się naprawdę jakimś mega fuksem.

Doszłam więc do wniosku, że czas sie zabrać w sobie. Pomoże mi w tym kalendarz od Krzycha. Będę planować każdy dzień, ponieważ zawaliłam z powodu głównie złej organizacji i małego skoncentrowania na tym co robię.

<><><>

Ewolucja lal. Jakby ktoś myślał, że małe dziewczynki tylko woża lale w wózkach….

Etap I. Nagość. Kiedyś już pisałam, że nie znosiłam gołych lalek, ale życie pokazało, że to mały pikuś… Każda nowa lala, czy to szmaciana, czy plastikowa, jest najpierw rozbierana.

Etap II. Testy jakości, która mało która przechodzi. Lubię ten etap. Na ogół jest to dobra okazja, by lalę wywalić.

Etap III. Specjalizacja: malowanie. Wykonuje specjalista Lila. Na ogół długopisem, chociaż zdarza sie też marker. Być może dlatego długopisy giną?

Etap IV. Specjalizacja: zaklejanie oczu. Wykonuje specjalista Lila. Plasteliną.

Etap V. Specjalizacja: demontaż mechanizmu grającego. Wykonuje specjalista Łucja.

Etap VI. To dopiero jest zabawa! Czyli walka, która będzie słuchała radyjka! 🙂

Żebyśmy mieli jasność: Dziewczyny ewidentnie się lalkami bawią. W sposób specyficzny, ale się bawią. Właściwie to bawią się wszystkim i jak do tej pory jedym nietrafionym zakupem zabawkowym były gry planszowe :))

Ptasie pogawędki

W każdym domu czegoś ciągle brakuje. W moim rodzinnym były to nożyczki. Lutka potrzebowała w kuchni, Krzycho do wycinania i przycinania, a i sporadycznie my. Najczęstszym okrzykiem było więc: KTO MI ZNOWU ZABRAŁ NOŻYCZKI?!!? Po latach wwygarnęłam rodzicom, że jako dziecko miałam marzenie, że jak będę mieć dużo pieniędzy, to kupię dużo nożyczek, tak żeby leżały w każdym miejscu domu 😉 W naszym brakuje długopisów. Przy czym podobnie jak nożyczek jest och sporo, tylko nigdy nie pod ręką. Nie ma więc jak zapisywać na szybko co niektórych tekstów i one uciekają :/

 

  • Lilu, podasz mi pieluszkę dla Mieszka?
  • Tak.

Lila biegiem rusza za szafę, gdzie w słomkowym koszu są pieluchy. Używamy takich, które mają obrazki ze zwierzętami. Raz jest piesek, raz kotek, raz słonik.

  • Mam ptaszka!
  • Super. Dawaj.
  • Ptaszek na ptaszka. Dwa ptaszki. 🙂

 

Kąpiel. Diabli myje syna. Po chwili woła mnie zaniepokojony:

  • Justku!!?
  • Tak?!
  • Całujesz czasem naszego syna w siusiaka?
  • Czasem mi zdarzy.
  • Ach, no bo mi się właśnie zdarzyło i nie chciałbym, żeby miał zakodowane, że to mężczyźni robią 🙂

Ogórek, ogórek, ogórek…

Była ze mną na studiach dziewczyna, która miała męża pisarza. Nie wiem ile on mógł mieć lat, ale wydawał mi się stary. Ona przynosiła jego opowiadania i na wykładach czytałyśmy je pod stołami. Nigdy nie zrozumiem jak bardzo trzeba być zaślepionym, żeby na pytanie: Jakie niezwykłe historie! Skąd on je zna?!, głosić z dumą:

  • On TO wszystko sam przeżył. On jest pisarzem.

Bo opowiadania były o niechcianych ciążach, kacu i libacjach typu: „…Obudziłem się na podłodze w łazience. Pomiędzy mną a sedesem było rozwalone damskie krocze, którego nie kojarzyłem. Ale ptysia który był rozsmarowany po nim jak najbardziej tak. Poczułem, że sedes jest zdecydowanie za daleko…”.

W jednym z takich ciągach wspomnień i „pisarskich wrażeń” było niezłe zdanie. „Rozbił się słoik z kurzym gównem. To był świetny interes. Jeździło sie do Niemiec z takim słoikiem, kupowało się w supermarkecie najtańsze jajka, smarowało tym gównem i sprzedawało pod tym samym sklepem z napisem: Świeże jaja, prosto z Polski”.


To zdumiewające jak Niemcy nie wierzą we własną żywność. Większość znanych mi narodów uważa własne produkty za najlepsze. Włosi są dumni z serów i mięsa, Hiszpanie z oliwy i jamonu, a Polacy są zakochani we własnych warzywach. No bo polskie truskawki czy polskie młode ziemniaki niemają przecież sobie równych! Czytałam kiedyś wywiad z jednym smakoszem, który zachwalał niemiecki nabiał. Mówił w kontekście tego, że wytworzenie mozzarelli jest procesem prostszym niż zrobienie fety, ale w Polsce nikt tego się nie podejmuje. Natomiast niemiecka mozzarella niczym nie ustępuje włoskiej.

I to jest w całej tej ogórkowej aferze najbardziej zdumiewające. Uważam Niemców za bardzo świadomych konsumentów. Dlaczego więc w szczycie sezonu, kiedy stragany pękają od lokalnych owoców i warzyw kupują te pochodzące z drugiego końca kontynentu? Nie namawiam do posiadania przydomowych ogródków, bo do tego trzeba mieć zapał wyspiarzy 😉 ale nie chce mi się wierzyć, że Niemiec NIEMIECKĄ kupuje tylko chemię gospodarczą.