– jedna znana mi mama… coś tam jeszcze było o komórkach macierzystych.
Początkujące mamy na forach rówieśniczych można poznać po tym, że narzekają gdy noworodek by tylko jadł i jadł. Te co choć raz to przechodziły, wiedzą, że to bardzo dobry okres. Taki np. Mieszko wszedł już w okres: Weź mamo, przestań z tym jedzeniem! Ja nie MAM czasu!
Bo… i to co robią siostry jest ciekawsze, i tata, który właśnie coś zagadał, i wzorek na mojej bluzce jest fascynujący, nie mówiąc o pluszowym ślimaku, który właśnie został złapany lewą ręką więc można go spróbować władować sobie do buzi. Strasznie to frustrujące. Łapię tego małego pyszczka i mówię spokojnie: Jedz kotku..., ale to na ogół nie działa.
Zaczęliśmy więc wprowadzanie produktów stałych. Słoiczki furory nie zrobiły, lecz opierając się na INTUICJI i Baby Led Weaning Mieszo dostał szwedzki stół warzy i owoców. Marchewka bez emocji, ziemniak ok, ale kalafior to jest to! Kalafior? Mówiłem kalafior?! Fasolka szparagowa jest Wow!!! No i od fasolki zaczynamy naszą wielką przygodę z jedzeniem! 🙂
<><>
Paszportowy. Z nami w kolejce mężczyzna. Z każdą chwilą coraz bardziej zadowolony. Druki wypełnił, zdjęcie porównał, że ma dobre, dowiedział się o opłatę paszportową i zapłacił w kasie. Przy okienku zasiadamy MY. On patrzy się na nas, podchodzi i nad naszymi głowami pyta się urzędniczki:
- Przepraszam! Jeśli chcę wyrobić paszport dziecku, to mam przyjść z żoną?
- Nie.
- No to dobrze…
- Ma pan przyjść z matką dziecka! 🙂
