Na Wielkanoc wujek postawił na stół dzbanek w którym pływały grube łodygi mięty. Ale nie tego supermarketowego wynalazku o przezroczystych liściach i płytkim mentolowym smaku, ale prawdziwej mięty z mięsistymi listkami i włochatymi łodygami. Smak wody był wybitny. Spytałam:
- Tomciu, skąd masz taką super miętę?!
- To ta co pod domem rośnie. Na tej ścianie od poczty.
- Ta sama, co zawsze tu rosła?
- Tak.
Podał mi jeszcze jak sie nazywa ta odmiana, ale nie zapamiętałam. Ale tę kępę mięty pamiętam… Zawsze tam była. Pamiętam lato gdy zamieszkał w niej kret o mięciutkim futerku i cały czas go stamtąd wyciągaliśmy. To taki był nasz wakacyjny chomiczek…
To lato będzie należeć do mięty. Przynajmniej dla nas. Zaczęło się od mohito Diabla, potem ja zaczęłam miksować z miętą do mięsa, a teraz mi chodzi po głowie wygrzebanie przepisów na czekoladę z miętą. I kupiłam sadzonki mięty. Pieprzową (dwa krzaczki), delikatną jabłkową i czekoladową (ona będzie super do drinków). Aha i wzięłam jeszcze korsykańską, co jest słodkawa, płożącą i ma listki jak tymianek (foto). Wszystkie przyszły pocztą wczoraj. Dokupiłam kwadratowe donice i jak zasadzę będę się chwalić. No i jak pojadę do wujka to mu po prostu kawałek tego jego odmiany podprowadzę 🙂 Mieciaście! 🙂
