Była ze mną na studiach dziewczyna, która miała męża pisarza. Nie wiem ile on mógł mieć lat, ale wydawał mi się stary. Ona przynosiła jego opowiadania i na wykładach czytałyśmy je pod stołami. Nigdy nie zrozumiem jak bardzo trzeba być zaślepionym, żeby na pytanie: Jakie niezwykłe historie! Skąd on je zna?!, głosić z dumą:
- On TO wszystko sam przeżył. On jest pisarzem.
Bo opowiadania były o niechcianych ciążach, kacu i libacjach typu: „…Obudziłem się na podłodze w łazience. Pomiędzy mną a sedesem było rozwalone damskie krocze, którego nie kojarzyłem. Ale ptysia który był rozsmarowany po nim jak najbardziej tak. Poczułem, że sedes jest zdecydowanie za daleko…”.
W jednym z takich ciągach wspomnień i „pisarskich wrażeń” było niezłe zdanie. „Rozbił się słoik z kurzym gównem. To był świetny interes. Jeździło sie do Niemiec z takim słoikiem, kupowało się w supermarkecie najtańsze jajka, smarowało tym gównem i sprzedawało pod tym samym sklepem z napisem: Świeże jaja, prosto z Polski”.
To zdumiewające jak Niemcy nie wierzą we własną żywność. Większość znanych mi narodów uważa własne produkty za najlepsze. Włosi są dumni z serów i mięsa, Hiszpanie z oliwy i jamonu, a Polacy są zakochani we własnych warzywach. No bo polskie truskawki czy polskie młode ziemniaki niemają przecież sobie równych! Czytałam kiedyś wywiad z jednym smakoszem, który zachwalał niemiecki nabiał. Mówił w kontekście tego, że wytworzenie mozzarelli jest procesem prostszym niż zrobienie fety, ale w Polsce nikt tego się nie podejmuje. Natomiast niemiecka mozzarella niczym nie ustępuje włoskiej.
I to jest w całej tej ogórkowej aferze najbardziej zdumiewające. Uważam Niemców za bardzo świadomych konsumentów. Dlaczego więc w szczycie sezonu, kiedy stragany pękają od lokalnych owoców i warzyw kupują te pochodzące z drugiego końca kontynentu? Nie namawiam do posiadania przydomowych ogródków, bo do tego trzeba mieć zapał wyspiarzy 😉 ale nie chce mi się wierzyć, że Niemiec NIEMIECKĄ kupuje tylko chemię gospodarczą.
