Obiecuję, obiecuję. Ostatni raz w życiu wyrabiamy paszport tuż przed sezonem. Na luzie, po wakacjach, jesienią, rok wcześniej należy to robić. W czerwcu w paszportowych dochodzi prawie do rękoczynów. A gdybym niczym Chuck miała intersekt w głowie, to ogłuszyłabym wszystkich i weszła. Jakby nie było dziś nie załatwilśmy nic, za to nasze małżeństwo zaliczyło tracyjnie (jak to w paszportowym) kryzys.
Paszport potrzebuje młodziak, i do tego potrzebni jesteśmy oboje. No i wyrabiam nowy ja. Poprzedni wygasa dopiero w 2013, ale przy trójce dzieci nie wypada dłużej z takim z panieńskim nazwiskiem jeździć. Zresztą to chyba nie do końca zgodne z prawem. W nowym dokumencie będę musiała zostawić odcisk palca…
Pokaże Wam Mieszka paszportowego. Jest na nim strasznie podobny do Łucji. Dla porównania zdjęcie „Kluchy”, bo tak na nią wtedy mówiliśmy (Mieszko i Łucja w wieku identycznym! 🙂

