Malinowe palce

Teresa Caponi, która w końcu wywodzi się z rodziny arystokratycznej opowiadała kiedyś, że opiekunka zabraniała im jeść świeże owoce. Bo niezdrowe. I musiała z braćmi kombinować i wymyślać różne przepisy, by te owoce pod czujnym okiem niani przemycić. Jak to przeczytałam to pomyślałam: Ot fanaberie narodów, w których świeże owoce są cały rok. Ale minęło trochę czasu i też dziewczynom owoce limituję. Jakąś taką mam wewnętrzną obawę, czy dwa kilo truskawek/ pół kilograma malin, albo słój jagódek zjedzone na raz będą dobre.

Chociaż cieszy mnie, że owoce lubią. Że wolą je niż słodycze. Dziadki, jak to dziadki mają po domu pochowane cukierki i bombonierki. Część jest zamknięta w szafce. Jeśli kluczyk nie jest włożony nie otworzą, ale jeśli jest w środku to przekręcić potrafią. Powiedziałam Lutce, że mają jakieś pół roku przewagi. Potem opanują wkładanie i przekręcanie i słodycze trzeba będzie albo zlikwidować, albo przenieść. Albo dostarczyć duuużo owoców w zamian! :))