Nie chcę spędzić CAŁEGO życia w Twojej kuchni!

– córka do matki /z mojego aktualnego audiobooka w aucie („Wybór sióstr”).

Zakończyłam ostatni po-wyjazdowy etap porządkowania: posegregowałam wyprane skarpetki! I nie mamy na razie ochoty nigdzie jechać 😀 chociaż Łucję i Mieszka już nosi. Młody wybiera się gdzieś dziś z kumplem, a panna najstarsza idzie na koncert. Dziś instaluję także czasowniki na kontaktach, bo jednak zimno i trzeba zacząć dom dogrzewać. Na obiad szykujemy spaghetti oraz risotto z dynią i rozwiązałam też umowę z Shomaxem. Obejrzeliśmy Dextera, nie ma na na razie NIC co by nas ciekawiło (może jeszcze przed końcem okresu umowy obejrzę „Wewnętrznego Wroga”?), wracam więc na kolejny odcinek czasowy do Amazona. U Mieszka w szkole wydało się, gdzie młody był (kolega wsypał i nius poszedł), czego chciałam uniknąć, bo jednak zrywałam go w trakcie roku szkolnego. No ale mu wybaczono i tylko pani z pocztu sztandarowego, powiedziała mu, żeby był DYSPOZYCYJNY na 3 maja. Będzie!

🎶wir codzienności zaczyna WIROWAĆ

  • A co robiłeś jak nas nie było? – przysłuchiwałam się rozmowie nastolatków w tramwaju. Było ich czterech i byli dość hałaśliwi, co typowe dla takich grupek.
  • Płakałem.
  • Coś jeszcze oprócz płakania?
  • Na nic więcej nie miałem siły.

😀 Zabawni są ci chłopcy! Ja natomiast wracałam z immersyjnej wystawy o Chopinie. Czy wiecie, że on był naprawdę drobny? Można było przyłożyć swoją rękę do „jego” i małe miał te dłonie i nijak wielkość dłoni NIE przeszkodziła mu w śmiganiu po klawiszach! Ba, oprócz muzyki, świetnie też malował i doskonale pisał. Jak to Lutka mówi: jak ktoś zdolny, to od razu na kilku płaszczyznach!

🎶🎶🎶

I ponieważ RANO z nieba, leciało jakieś białe coś (co co prawda znikało zanim dotknęło ziemi) pomyślałam, że ruszam z szykowaniem się do Świąt! Na początek zamówiłam książeczki! To NIE koniec, to raptem to, co będzie na Mikołajki, ale żeby już coś było! Tym bardziej, że Mieszko CHCIAŁ książkę! I to co sobie wymyślił, jest po angielsku, ale jest 100% pewien, że CHCE. Dla niego będzie więc Vagabond. Druga czerwona okładka będzie dla Liliany – Pozwól mi wejść, to opowieść o współczesnym wampirze. Emocjonalna, fantastyczna i chyba bardziej z segmentu Young Adults niż z działu literatury „dorosłej” (aczkolwiek JA też chcę ją przeczytać). Wyspa niechcianych kobiet to reportaż i uszczęśliwię nim Łucję. Mam schowek zawalony literaturą faktu, panna sama ostatnio sobie dużo kupuje i są książki ocierające się o prawa kobiet i ogólnie prawa człowieka. Jest to TAKŻE książka, którą ja chcę przeczytać. Ostatnia książka ma okładkę, która mi się CAŁKOWICIE nie podoba, ale Nocami krzyczą sarny jest podobno książką rewelacyjną. I to jest dla mnie!

🧭połowa listopada za nami!

  • Mieszko, gdybyś musiał wybrać, KIM byś wolał być? Kowbojem, piratem czy samurajem?
  • Nareszcie, Lila, zadajesz dobre pytania! To proste. Na pewno NIE piratem, bo oni byli brudni, mieli zepsute zęby i na tych łodziach musiało śmierdzieć. Odpada też kowboj, bo też był brudny i musiał mieć do czynienia z koniem. Za to samuraj dobrze się odżywiał i był czysty.
  • No ale był samotny – wtrąciłam.
  • Nie. Samuraj to był sigma.

To pytanie krążyło w klasie Lilki wśród chłopców i panna postanowiła je zadać bratu. Takie nowe pytanie o cesarstwo rzymskie? Tyle, że chłopcy w klasie Lili wybierali głównie kowbojów odrzucając zdecydowanie samurai, jako tych, którzy byli skazani na samotność.

🧭

Poniedziałek. Ekipa poszła do szkoły, a ja siedzę przy kompie. Z jet-laga chyba już wyszliśmy, chociaż wczoraj po powrocie od dziadków Mieszko zasnął o 20-stej i wstał dopiero dziś o siódmej. A czujecie już odliczanie do Świąt? Nam Diabli przywiózł kalendarze adwentowe (tzn. dzieciom, bo ja dostałam TYLKO czekoladowego Mikołajka), gdyż w Niemczech już praktycznie zniknęły ze sklepów! Mieszko ma JUŻ wiec kalendarz z klockami, Lila z kosmetykami, a Łucja wielką bombonierkę z 24 okienkami. Do zakupów na Mikołajki (btw.na grupie klasowej Mieszka już awantura JAKA składka) JA ruszam w przyszłym tygodniu. Black Friday dopiero za tydzień! Zimno. Za oknem fruwają mi małe ptaszki, którym wysypałam ziarno, ku wielkiej rozpaczy Bibi, bo DLACZEGO im, a nie jej? Nie mogę jej zresztą teraz wypuścić do ogródka by im ta zazdrośnica wyje!

🧭

Wkleję Wam screena z rozmowy dzieci na naszej grupie. Sytuacja miała miejsce gdy jechaliśmy pociągiem do Pekinu i tak jak Wam mówiłam, każdy siedział gdzieś indziej, lecz wszyscy mieliśmy miejsca koło okna.

elegancka węgierska szarość

Wczoraj kuzynka dzieciaków miała osiemnastkę. Ależ ten czas gna! Jest to jednocześnie chrześnica Diabla, więc w piątek wieczorem on przyjechał do Polski i zabrał mi dzieci. Bardzo jestem wdzięczna, że tak wyszło i że on był osobą towarzyszącą dzieciom, bo cały weekend ogarniam powyjazdową przestrzeń. W kuchni np. zainstalowałam przed wyjazdem konstrukcję na oknie, dla Miau. Był to duży kawał styropianu, który włożyłam w przestrzeń uchylonego okna i wycięłam w nim okienko. Otwór zasłoniłam pociętym kocykiem polarowym umocowanym na szpilkach. Dzięki temu kocica mogła sobie wychodzić, a jednocześnie dom był w MIARĘ szczelny. Nie idealnie SZCZELNY, więc jak przyjechaliśmy było LODOWATO, ale ostatecznym DEMONTAŻEM zajęłam się dopiero wczoraj.

Poza tym robię sobie prania i prasowania! Zaraz towarzystwo do mnie wraca i jedziemy na obiad do dziadków. Jako ciasto (na deser) zapewniamy chińską bombonierkę! Kupiliśmy ją na lotnisku za 100 jenów. To była jedyna gotówka jaką mieliśmy i chcieliśmy ją wydać. Chodziliśmy więc i szukaliśmy, co dokładnie tyle kosztuje i znaleźliśmy sklep z elegancko zapakowanymi ciasteczkami. Ta, którą wybraliśmy kosztowała 98 jenów, czyli wzięliśmy jeszcze przy kasie paczkę chusteczek jednorazowych (2 jeny) i rozstaliśmy się z naszym jedynym banknotem (równowartość 50 PLN). Śmieszna była akcja, bo na lotnisku była pizza hut i chcieliśmy tam JE wydać, ale pani powiedziała, że w menu mają wszystko „except pizza and pasta” 😀 Tam się nie jada po prostu TAKICH rzeczy 😀 Za to wczorajsze urodziny odbywały się we włoskiej knajpie i panny przysłały mi zdjęcie Mieszka, który uśmiecha się do pizzy na talerzu (dały do tego komentarz: „uśmiech bombelka”).

Powyjazdowo, dziś Wam wrzucę fotki z Budapesztu. Przylecieliśmy tam po szóstej rano, po całej nocy w samolocie i byliśmy strasznie zrąbani. Do wylotu do Polski mieliśmy 12 godzin i ja nawet szukałam hotelu, gdzie będziemy mogli się wtedy zdrzemnąć, ale wychodziło na to, że trzeba by rezerwować dwie doby. Chwilę pokoczowaliśmy więc na lotnisku, potem oddaliśmy bagaż do przechowalni i pojechaliśmy do miasta. Zjedliśmy gulasz (ja), zupę czosnkową (Łucja), sznycla (Mieszko) i langosza (Lilka). Popatrzyliśmy na rozstawiane świąteczne stragany, posłuchaliśmy organów w bazylice św. Stefana, a na rozgrzewkę zagryźliśmy ciepłego kołacza i wypiliśmy dwie kawy. Gdy wsiedliśmy do samolotu (każdy w innym jego kącie) zasnęliśmy synchronicznie. Nałożyliśmy kaptury i odpadliśmy w momencie gdy samolot kołował w drodze na pas startowy… a obudziliśmy się dopiero jak pilot powiedział, że rozpoczynamy lądowanie! Najkrótszy lot świata! Fajnie byłoby wejść do Parlamentu – to chyba drugi co do wielkości Parlament w Europie – LECZ bilety trzeba rezerwować z większym wyprzedzeniem. Kolejnym TO więc razem, a tu roleczka z szybkiego zwiedzania pięknej stolicy Węgier.

🏯Jak myśmy TO zrobili?

Na szafę wrzuciłam streszczenie o zakupach, więc po kolej, jak to u nas wyglądało!

🏯Krok pierwszy to były bilety lotnicze. Najtańsze połączenia są z Budapesztu. Wie o tym cały świat, bo w samolocie byli i Włosi, i Hiszpanie, Rosjanie i dwie grupki Polaków. Ze stolicy Węgier latają aż cztery chińskie low costy (Air China, Hainan Airlines, China Southern i Shenzhen Airlines). Jedyny problem jest taki, że bilet kupujesz przez ICH stronę, której translator NIE tłumaczy w całości i NIE dostajesz żadnego potwierdzenia. Chiny mają blokady na całą masę rzeczy, częściowo też na maile, więc kupujesz, kwota z konta schodzi i przez 4 miesiące (z takim wyprzedzeniem kupowałam) NIE wiesz czy te bilety masz. Nie możesz się też odprawić, więc lecąc do Budapesztu nie wiedzieliśmy czy machając paszportem gdzieś wsiądziemy. Jeśli jest to za mocne, to można wybrać w sumie niewiele droższe loty z Turkish Airlines czy Emirates. Czy polecielibyśmy TAK ponownie? TAK, ale tak ja mówię, myślenia o tym, czy nie wywaliłam kasy przez jakąś trefną stronę, było dużo.

🏯Data. Może od tego należało zacząć? Wiadomo: omijamy wakacje, Nowy Rok (nasz i Chiński), święto wiosny i święto jesieni. Dla nas ważny był też układ dni. TYLKO w czwartki Wizzair, którym dolecieliśmy do Budapesztu, ma dwa loty dziennie do Polski, więc w czwartki odpadało nam nocowanie na Węgrzech.

🏯My postawiliśmy na Pekin i Szanghaj. Noclegi mieliśmy z Bookingu i z Trip.com. Było ich aż cztery i jak to my, unikaliśmy dużych kombajnów turystycznych. Lubimy malutkie miejsca, które często są obsługiwane przez właściciela. Dwie noce były niepełne: pierwsza, kiedy do hotelu dotarliśmy dopiero o piątej rano (ale po Azerbejdżanie wiedzieliśmy, że MUSIMY mieć GDZIE spać od razu, a nie po kilku godzinach jak ruszy kolejna doba hotelowa) i ostatni, gdzie zameldowaliśmy się o 17-stej i wymeldowywaliśmy się o 23:00 (ale chcieliśmy przed lotem do Polski MÓC się umyć, położyć i wyciagnąć). Dwa razy korzystaliśmy ze śniadań i to były bardzo dobre śniadania!

🏯Do Szanghaju dolecieliśmy samolotem, a wracaliśmy pociągiem. I tu uwaga: oba te miasta mają po dwa lotniska. Lecąc do Szanghaju ustawiliśmy się do odprawy w złej kolejce. O tej samej godzinie były DWA loty, OBA do Szanghaju, lecz na RÓŻNE lotniska. I potem mieliśmy bieg, żeby zdążyć przed zamknięciem odprawy do tej właściwej. A to są BARDZO duże lotniska. Zależało mi na tym, żebyśmy lądowali na Pudong, czyli lotnisku, które chociaż leży dalej, to na ogół ląduje się NAD morzem, czyli widać port (w nocy rozświetlony), który jest największy na świecie. NIE udało nam się to, bo TO lądowanie było poprowadzone nad lądem. Z kupowaniem biletów było tak samo jak na lot z Budapesztu. NIE było żadnego potwierdzenia czy maila. Bilety na samolot były o połowę tańsze niż na pociąg.

🏯VPN – obowiązkowe. Na wszystkie telefony. To nie chodzi tylko o dostęp do Fb, czy Insta. To również maile, komunikatory (również dla wszystkich uczestników wyjazdu), aplikacje bankowe (NASZE) i dziennik elektroniczny. My VPN-a mieliśmy od Diabla. On wykupił sobie, żeby w Niemczech korzystać z polskiej wersji Disneya i Netflixa i podzielił się z nami.

🏯Aplikacje płatnicze, czyli AliPay – obowiązkowe. Nie ma płatności gotówką. Technicznie rzecz biorąc możesz dać sprzedawcy banknot, ale on Ci nie wyda. Alipaya mieliśmy zainstalowanego na trzech telefonach.

🏯Internet – obowiązkowy. Pakiet na Chiny. Nam zeszło (przy dość oszczędnym używaniu – żadnych filmów, Fb i oglądania rolek) po 8 GB na osobę. Hotele na ogół oferują bezpłatne Wifi, LECZ ono blokuje VPN-a.

🏯Pociąg – z Szanghaju do Pekinu wracaliśmy pociągiem. Sprzedaż biletów rusza 2 tygodnie wcześniej. I bilety znikają błyskawicznie, więc kupuje się przez strony z botami rezerwującymi. Dworce są ogromne i przypominają lotniska. Odprawa na pociąg zaczyna się godzinę przed odjazdem pociągu. Potwierdzeniem zakupu biletu jest nasz paszport. Też NIE dostajecie papierowego biletu.

🏯Bezpieczeństwo – po Chinach chodzi się z paszportem bo co chwila jest on sprawdzany. Przy wejściach do muzeów czy parków np. Przy wejściu do metra (za każdym razem) Twój bagaż/torebka są prześwietlane, a Ty przechodzisz przez bramki. Metro wielkie, ale można się połapać. Ta sama zasada przy wejściach do muzeów, niektórych świątyń, lotnisk i dworców. TAM jest bardzo bezpiecznie. Nie było ani jednego momentu gdy mogliśmy się poczuć niepewnie.

🏯Mapy – emapy -obowiązkowe. Coś jak gugiel. Zainstalowane na dwóch telefonach. Przydaje się też w metrze.

🏯Taxi- Didi taxi – tanie, potrzebna apka, ale średnio przydatne, bo są straszne korki. STRASZNE. Takie wielogodzinne… Metro zdecydowanie szybsze!

Czy powtórzylibyśmy tę podróż? TAK! Dziś wrzucam Wam kilka foteczek z Szanghaju! Ach, jeszcze jedno. TAM się tak wszystko zmienia, że ani jedna relacja blogowa czy przewodnik, na które trafiłam, nie była aktualna. Dynamika życia i nowości jest tak ogromna, że każdy przybywający jest nowym Marco Polo 😀

⛩️Jet lag dnia pierwszego

  • Łucz, zrobić Ci jajecznicę?
  • Tak.
  • Ale nie mamy chleba.
  • Nie szkodzi. Zjem z chińskimi czipsami.
  • Ooo, widzę, że niezły fusion!

Panna najstarsza zerwała się rano i poleciała na wykłady. W sumie, to jej nie było na uczelni aż trzy tygodnie, z powodów rożnych, więc po drodze nawet pisała maile do wykładowców (i nadgonić musi DUŻO). Lila do szkoły NIE poszła, bo chociaż boi się zaległości z GRANIASTOSŁUPÓW, obawiała się dzisiejszego „przymulenia”. Za to Mieszko zasłonił się tym, że NIE ma czystych ubrań (prawda) i że od pięciu tygodni (po drodze miał też sanatorium) NIE grał na komputerze. Ja jestem rozbita mocno, ale coś tam już do zrobienia było… Przywiozłam tylko nam rano Bibka i zajrzałam na rynek, bo w spiżarni były pustki!

Równolegle, w wolnych chwilach przeglądam fotki i doszłam do połowy :/ Najgorsze, że są takie intensywne, że mało ich odrzucam, bo na każdym coś się dzieje. Będę Wam więc wrzucać partiami. Rzut pierwszy to Pekin. Dolecieliśmy tam lotem z przesiadką o trzeciej w nocy TAMTEGO czasu. Hotel mieliśmy na dwie noce. Tę od tej piątej rano (żeby się skimać) i pełną kolejną noc. Przebiegliśmy deszczową stolicą i dotarliśmy na Wielki Mur. I bardzo klimatyczny był ten deszcz, bo w sumie pasował do tego miasta, strojów i architektury. Wszystko było jak świeżo pomalowane, a chowanie się pod parasolem było takie… dynastyczne!

W Pekinie też odkryliśmy TANGULE, czyli owoce w takiej chrupiącej (cukrowej?) polewie. Moim typem były chińskie winogrona, które są bez pestek i są wielkie jak śliwki, a panny lubiły truskawki. Mieszko jadł KAŻDE, oprócz pomidorów (bo dla nich to także OWOC).

I pokażę Wam też screena chińskiej apki płatniczej z której korzystaliśmy. I też nauczyliśmy się tego w PEKINIE. Nie ma płatności gotówką, trzeba mieć takie apki, do których podpinasz swoją własną kartę. Trzeba się do tego przełamać, gdyż NIE zawsze widzisz jaką kwotę ściągnął Ci sprzedawca (bo nawet kupując sok przy drodze, albo bilet w metrze, NIE korzystasz z gotówki). NAJNIŻSZY pasek to migające reelsy. I to w ogóle NIE wygląda jak system płatniczy, ale to jeden z powodów dla których szybko „zjada się” Internet.

🐼Państwo Środka

Pomysł na Chiny pojawił się w kwietniu. A może nawet w marcu? Kombinowałam duużo z połączeniami i z atrakcjami. Najtrudniej było z pociągiem łączącym Szanghaj z Pekinem. To super szybka kolej, którą bardzo chciałam nam wpleść, ale pomimo tego, że połączenie startuje CODZIENNIE, co godzinę, bilety jest bardzo trudno kupić. Sprzedaż rusza dwa tygodnie wcześniej, kupują to boty zakupowe, które trzeba wcześniej opłacić. No a płatności to było kolejne wyzwanie! W Chinach nie działa googiel, czyli znane nam komunikatory, social media i karty płatnicze. Wszyscy mieliśmy więc poinstalowane na komórkach VPN-y i trzy osoby miały aplikację płatniczą. No bo w Chinach NIE ma też płatności gotówką i płaci się czymś podobnym do naszego blika. Mapy chińskie (zresztą nieporównywalnie dokładniejsze niż gugiel) ściągnęła sobie na telefon Łucja (a ja pobrałam sobie już na miejscu), plus ja miałam apkę typu Uber. Mało się przydawała, bo korki są takie, że jeździ się głównie pod ziemią (metra mają po 30 linii)

Podobało nam się BARDZO. Łucja to nawet jest na etapie, że w Szanghaju mogła by zamieszkać. Strasznie dużo tam ludzi. Ale tak naprawdę DUŻO. W Pekinie było niby 6 mln mniej niż w Szanghaju, ale w stolicy ten tłum czuło się bardziej. Pojechaliśmy z małym bagażem i zakładaliśmy, że kupimy walizkę. Plecaki mieliśmy wypakowane tak, że nie mieściła się nawet woda do bocznych kieszeni, a chcieliśmy kupić herbatę, Łucja kupiła sobie dwa sweterki, Lila kosmetyki do włosów (przekraczające 100 ml), a Mieszko czipsy i snaki. I rozluźniliśmy też nasze plecaki. Zresztą jak latacie low-costami to wiecie, że cena bagażu jest spora, więc chociaż to nieekologiczne, to kupno walizki na miejscu było po prostu tańsze. Dlatego też do Szanghaju polecieliśmy samolotem (bo taniej niż pociągiem i łatwiej dostać bilet) i wracaliśmy pociągiem (bo mieliśmy walizkę). Noclegi mieliśmy super. W Szanghaju jedną noc mieszkaliśmy koło Disneylandu (bo przylecieliśmy w nocy, a lotnisko było tuż obok parku rozrywki) i w pokoju mieliśmy basen z kulkami, a z trzeciego piętra do jadalni na parterze (na śniadanie serwowano bułeczki bao) można było zjechać wielką zewnętrzną krytą, przeszkloną zjeżdżalnią. W Pekinie mieszkaliśmy w muzeum i w kapsułach.

Żarcie było super, chociaż Lila przez trzy dni NIC nie jadła, bo ją to wszystko przestymulowało. Te nasze wakacje przypominają spadanie w studni, kiedy migają dźwięki, obrazy i wydarzenia. Było bezpiecznie i czysto, ale przerabiać to w głowach będziemy jeszcze z miesiąc. Absolutnym chińskim hitem był Mieszko. On się TAK podobał, że to było aż niewiarygodne. Zgodnie z chińską modą ma jedno ucho odstające, a tego dochodzą jego poubijane jedynki, CZYLI to coś oni tam sobie robią na ZDROWYCH zębach. W sklepach, w kawiarniach, na ulicy, w metrze. Czasem go tylko nagrywano, czasem podchodzono i mu mówiono (ten komunikat wyświetlany miał na komunikatorze językowym – oni są BARDZO technologiczni), że jest PIĘKNY, a czasem proszono o zdjęcie.

NIE udało nam się sporo rzeczy. I tak strasznie dużo NIE zobaczyliśmy! I nawet nie kupiliśmy tego co mieliśmy kupić, ale po prostu zabrakło nam czasu 🙂 Więc tak – chcemy tam wrócić! Siedzimy teraz na europejskim lotnisku, jest szósta rano, samolot do Polski mamy DOPIERO o 21-szej, więc MOŻE wyjdziemy coś zjeść? Jak się zrobi jasno. Mam laptopa, więc chociaż NIE mam jeszcze zdjęć z aparatu wrzucę Wam kilka fotek z komórki i linki do roleczek!

🐼Dzień pierwszy-przylecieliśmy o trzeciej w nocy tamtejszego czasu, chwilę pospaliśmy i ruszyliśmy na miasto.

🐼Chiński Mur – można dojechać metrem z Pekinu

🐼Pierwsze wrażenie z Szanghaju – NIESAMOWITE jest to miasto!!!

🐼Nasz nocleg w Szanghaju – trzeci z naszych noclegów

🐼Stare miasto w Szanghaju – Yuyan Garden

🐼Przejazd pod rzeką Huangpu – tunelowa kolejka.

🐼Muzeum Szanghaju

🐼Spacer nocą – te owocki w karmelu były pyszne. Oni mają tam winogrona wielkości śliwek. I owoce w ogóle były wspaniałe.

🐼Świątynie – tu kolejny niedosyt, bo zwyczajnie mało ich zobaczyliśmy!

🐼Przejazd pociągiem

Być może zrobię jeszcze rolkę z samolotu, który też nas na plus zaskoczył, albo posklejam niewykorzystane filmiki (byliśmy też w zoo oglądać pandy!), ale to PÓŹNIEJ. Dużo fotek Mieszka, ale te przysłała na grupę Łucja – stąd je mam -> a ją poprosił brat, bo chce coś na swojego insta wrzucić 😀

Chiński Mur w tle
tu chodziło o to, żeby do tego wielkiego dzbana na środku placu wrzucić monetę. Nie udało się nam 🙂
te nocne miasta zalane światłem są hipnotyzujące
check out
bilety w metrze są bardzo różnorodne. Najbardziej lubiliśmy serię ze strażakami i znakami chińskiego zodiaku. Bilety były wchłaniane przez maszynę wypuszczającą nas z metra, więc żaden się NIE ostał!
Łucja w przebieralni Brandy Melville w koszulce z napisem Szanghaj. Do przebieralni wchodzi tylko jedna osoba, a mężczyźni w ogóle są z damskich sklepów wypraszani 🙂 Panna wysyła więc nam zdjęcia CO kupić?

jesienny przerywnik po przygodę

Zrobiło się zamieszanie z wypisem Mieszka, bo okazało się, że w systemie gość był zapisany na wypis w PIĄTEK. Aaaale podzwoniłam i o 12-stej mam go odebrać! Łucja będzie o 21-szej i czekają na nich rogale świętomarcińskie, które testowałyśmy (z różnych cukierni) z Lilą, cały ostatni tydzień! Nie będą mieli dużo czasu na to, bo w nocy wszyscy ruszamy dalej!

Do nadchodzącego wyjazdu szykowaliśmy się długo… Ostatnie dwa miesiące doszłam do wniosku, że przekładamy, ale nie bardzo było jak wszystko odwołać. Jedną część można co prawda przesunąć (lecz jeśli tak to na kiedy?), ale pozostałe byłyby stracone. Zatem spróbujemy, chociaż jest to zupełnie nowy rodzaj wyzwania i emocje też mieliśmy gdzie indziej. Bardzo rano ruszamy więc na lotnisko, lecimy gdzieś i TAM się przesiadamy na właściwy samolot. I to jest pierwszy trudny punkt, bo na tę przesiadkę mamy mało czasu (i nikt nie będzie na nas czekał, bo są to różne linie lotnicze), czyli nie zabieramy z domu dużych bagaży, tylko po plecaku. Nie mam też opcji wydrukowanie pewnych potwierdzeń i nie wiem w ogóle jak się dobić do niektórych systemów rezerwacyjnych! Ponadto dziś jeszcze odstawimy Bibsa do dziadków, plus niezmiennie próbuję nauczyć kotkę jak korzystać z metody wychodzenia na dwór, który wymyśliłam. Temperatury w Polsce mają być powyżej zera i mogę sobie pozwolić na pewną NIESZCZELNOŚĆ bryły domu. Wracamy do cywilizacji w przyszły czwartek, ale wtedy cały dzień (12 h) będziemy siedzieli na innym lotnisku. CZYLI, realnie w domu będziemy od piątku 14-go! Wrzucam Wam Łucji fotki z Syltu. Diabli ma plan, że przejedzie się tam jeszcze raz, tylko, że można tam dotrzeć TAKŻE autem. Wjeżdża się na specjalną pociągową rampę i gna się tymi torami przez Morze Północne!

🐎Koń jaki jest, każdy widzi!

  • Proszę włączyć światła. Dobrze. Jednego nie ma. Teraz mijania. Teraz długie. Dobrze. Awaryjne? Wsteczny. Dobrze. Przeciwmgielne?
  • A SKĄÐ ja mam wiedzieć GDZIE one są?!!? NIGDY ich NIE używam!
  • To ja Pani włączę… Działają.
  • A jak miały by NIE działać, skoro NIGDY ich NIE używam??!

Męczące są te wizyty w warsztacie, ale mam dolany olej, mam wymienione oponki i mam wymienione przepalone żarówki, co to mnie już na ulicy zatrzymywali, że NIE mam. Bardzo się z tego cieszę – ten wizyty w warsztacie zawsze mi dają poczucie, jakbym zrobiła coś DLA siebie. Poza tym, jesteśmy z Lilką, w trybie wymyślania jak tu przerobić nashi, którego wiele jest w ogródku u dziadków. Lądujemy potem z tym jedzeniem przed telewizorem, bo z Lilą lubimy HORRORY, których zawsze dużo na jesieni pojawia. Co ciekawe, z Mieszkiem oglądamy wspólnie o psychopatach, a z Łucją dzielimy zainteresowania westernami. Z innej beczki, dziś byłam z uczniami w muzeum, które znam, bo JUŻ tam byłam!

🐎🐎🐎

I jeszcze Łucja bombardująca nas romantycznymi obrazami przysłała fotkę KUCYKA:

🍁Liście w LIŚCIOPADZIE🍂

Lubię zapach mokrych liści i to jest naprawdę przyjemne w zaczynającym się miesiącu! Nie przepadam ze deszczami, mokrą po spacerach Bibs, nieschnącym praniem i tym, że jeden rower mamy od dwóch tygodni zaparkowany pod stacją, bo nie ma go jak przywieźć (pada, a w bagażniku opony). Ale NIE będę narzekać na deszcze, bo wiem, że susza, że ziemia potrzebuje i tak naprawdę wolę deszcz niż wiatr!

Na ten tydzień mamy zaplanowaną wymianę opon (miałam im rano odstawić auto, żeby w jakimś okienku zrobili, ale zaczekam na przerwę w chmurach) i odebranie tego roweru… Łucja przylatuje w środę i w środę też wypisuję Mieszka z sanato. Fajnie by było gdybym dała radę podskoczyć do gminy z Łucji kartą mieszkańca (bo musi ją wymienić, a potrzebna jest w komunikacji i jak panna jest na miejscu, to trudno to zgrać)! Zdradzę Wam też, że mamy fascynujący plan na DRUGĄ połowę tygodnia, ale przebrnijmy najpierw przez pierwszą!

Foteczka z wczoraj, z windy. Lila próbuje ułożyć loki, ja mam rękę w dziwnym zgięciu, a Mieszko ma znowu sianowatego afrojacka, czyli w sumie trzeba by GO też w środę, zaraz po wypisie wcisnąć do barbera!