Nie zrobię dziś tego wielkiego planu porządkowego, ale ogarnęłam papierzyska na strychu. Są już w segregatorach i to jest bardzo ważne, bo one mi ginęły gdy ich ostatnio potrzebowałam. I za wiele więcej dziś NIE zrobię, bo jestem zombie. Miałam dziś spotkanie, które było niedaleko szkoły Łucji, a ona miała dziś na godzinę zero. Pomyślałam, że skoro nie ma szans bym obróciła, pojadę po prostu od razu i tę godzinę zaczekam sobie w aucie. TYLKO, że zrobił się problem KIEDY wyprowadzić Bibs? Więc ZANIM ruszyłam z Łucją (już ubrana i pomalowana na moje spotkanie) poszłam o tym przysłowiowym brzasku na psi spacer i całe moje ciało krzyczy, że zrobić sobie drzemkę, na którą czasu nie mam. Bu!
🇪🇸🇪🇸
Śliczna ta Tarragona!
Lila, zobacz jaki dzielny jest ten Wasz brat! W końcu, mieszka u obcej rodziny, je tam rzeczy, które nie do końca mu pasują i nikt wcześniej z NAS, nie był w takim młodym wieku, na takim trudnym projekcie! No co?
A ja?
Przepraszam Cię, ale Twoja Kanada była po I LO, a on jest w siódmej klasie!
Ale ja byłam opóźniona!
Mhm. Dlaczego byłaś? Cały czas jesteś! – nie mam już czasem siły, że ciągle KTOŚ czuje się niedoceniony!
Wyszłam z domu, wsiadłam do auta, wsadziłam kluczyki do stacyjki i… pomyślałam, że to ZA piękna pogoda na auto! Zresztą autem na stację jadę dłużej, bo ulica, bo światła, bo korki, bo znowu światła… A tak cyk na dwa koła i przez łąki i pola będzie szybciej! Przesiadłam się więc na rower i śmignęłam na skróty (muszę dopompować koła). A potem jechałam różnymi środkami transportu do pracy i jak jechałam autobusem to obok mnie siedział gość ze ślicznym pieskiem. TEN piesek się ze mną zaprzyjaźnił, ale pół autobusu zaczęło mówić, że to od NICH piesek WYCZUŁ psa, bo nagle okazało się, że wszyscy mają w domu PSY. Tak to z tymi psiarzami jest! Jesteśmy wszędzie!
🐶🐶
Mam orzeczenie Mieszka, dostarczyłam je już do do szkoły, a sam młody był dziś w Tarragonie. Wyjątkowo jest zachwycony dzisiejszym dniem! Dotarli do jakiejś cywilizacji, wytestował tamtejszego maka („zamówiłem shaker fries italian flavour i mc flurry jakieś filipino„) i to jednak jest egzemplarz, który lubi jak wokół jest intensywnie. Fotki z dziś prześlą panie wychowawczynie pod wieczór, a na razie mogę Wam pokazać jego widok z okna (jak to Łucja powiedziała: „aesthetic- wstaw na ig„). Ta szkoła, z którą mają Erasmusa to taki bardziej instytut realizujący projekt idealnej symbiozy ze środowiskiem. W takim właśnie inspirującym gmachu uczą się dzieci z sześciu okolicznych PUEBLOS, czyli wsi. W jednej z nich mieszka Mieszko razem z rodziną Agnes. Codziennie rano dzieci są zbierane przez busiki i przywożone do szkoły. Tak też dociera tam młody. Tam natomiast czeka na nich BOGATY plan atrakcji przygotowany przez stronę hiszpańską!
Za bardzo mi one, dziś, nie wyszły. Właściwie to tylko próbowałam wkręcić rano Miaustrę, że otwieram saszetę o smaku, którego nie lubi. Nie uwierzyła. Po drodze nieśmiesznie pokłóciłam się jeszcze z Diablim, że nie stanowimy monolitu decyzyjnego i że patrząc ostatnio w przychodni z Łucją na różne rodziny (my tam długo byłyśmy) miałam nadzieję, że po rozwodzie można uniknąć tych rozgrywek, że wszyscy robią sobie na złość. W sensie, że każdy rodzic robi coś całkowicie na odwrót niż ten drugi. Nie udało MI się również ogarnąć dokumentów na poddaszu, LECZ zaczęłam proces porządkowania, bo dzisiaj miałam dzień papierkologi.
🌴🌴🌴
Nie-smętnie wrzucę Wam za to fotki od Mieszka. Jak to w Hiszpanii, dzieciaki miały wyprawę do winiarni, gdzie obejrzały proces powstawania wina oraz odbyły warsztaty z malowania winem (TRUE). Mega to zabawne, bo jestem pewna, że u nas tego typu wydarzenie by się nie odbyło ze względu na akcje wychowania w trzeźwości. Pogodę mają dobrą, ciekawa jestem bardzo jak młodemu tamto jedzenie podchodzi, ale szczegóły pewnie wyduszę z niego jak wróci! Za to historie jakie tam ma (że musiał zjeść pora – babcia podejrzewa, że był to szparag oraz że dziewczyny nauczyły się wymawiać jego imię – jakim jednak ważnym elementem jest motywacja) niezwykle ubawiły dziadków!
Duuużo zrobiłam w ubiegłym tygodniu i nie chcę zmniejszać tempa! Extra, że ogarnęłam lodówkę i pranie kanap i tak myślę, że może w tym tygodniu ruszę na kuchnię i może umyję okna na DOLE (czwartek na być ciepły i pochmurny)? Wypadałoby też trochę uporządkować strych, bo miałam ostatnio kumulacje poszukiwań różnych dokumentów, które trzymam TAM i ich NIE znalazłam.
Z akcji zewnętrznych mam odczulanie z Lilą i odbiór orzeczenia Mieszka. Patrząc na to ważywo i wykąmpanie chyba jest bardziej niż niezbędne (btw. Bartek to kolega Mieszka i on stacjonuje u jedynego chłopca ze strony hiszpańskiej). Poza domem czekają mnie dwa dni. Tak myślę, że może w sobotę wypiszemy z dziewczynami kartki świąteczne? Qrcze, co ten Zajączek ma tym smrodom przynieść na Wielkanoc? Książki powinnam zamówić, ale zapotrzebowanie mam na same kontynuacje, to chyba kupię i położę na stole, że oto są, można się częstować. Pamiętacie mają wyprawę do Google Tower? Powstał filmik, na którym jestem! W 29 sekundzie! Lada moment kwiecień, więc za dwa tygodnie pewnie przerzucę rzeczy w szafie. Miałam od jutra wykupić Sky Showtime, ale wciągnął mnie Outlander, więc wszystko się przesuwa (dawno temu obejrzałam dwa pierwsze sezony, lecz teraz lecę od początku). No i mamy zmianę czasu i chociaż jestem taka dumna, że mam biorytm wyczulony na słońce i sama od jakiegoś czasu budziłam się wcześniej, to i tak dzisiejsza pobudka zabolała!
Synu, ale jak będziesz głodny, to sobie po prostu coś kupisz? Będziesz potrafił? To w końcu Europa.
Tak.
Nawet jak trzeba będzie po hiszpańsku?
Hola, Si.
Dziś w nocy Mieszko pojechał na Erasmusa. Zbiórkę na lotnisku mieli o trzeciej NOWEGO czasu, czyli o drugiej starego. Lecieli wpierw do Monachium, tam mieli przesiadkę i stamtąd był kolejny lot do… Barcelony! Tam czeka na nich bus, który przewiezie ich 150 km na południe, właściwie wzdłuż linii brzegowej. Gościć go będzie rodzina Agnes, czyli jego rówieśniczki, która później przyjedzie do nas w maju (ta logistyka wtedy to będzie kosmos). Młody pisał z nią na whatsupie i paradoksalnie ich korespondencja była najbardziej treściwa spośród wszystkich jadących dzieciaków, bo ustalili całą masę szczegółów (w tym nawet takie, że ręcznik dostanie, żeby go nie ciągnął). Mieszko bardzo chciał do Hiszpanii jechać, więc cała akcja, która wyszła nagle, bardzo nas ucieszyła. Razem z nim jedzie 9 innych dzieciaków ze szkoły, który musiały przejść rozmowę kwalifikacyjną po angielsku oraz mieć wzorowe zachowanie. No i oczywiście wszyscy wokół myślą, że o jak fajnie, że Mieszko jedzie, LECZ było z tym duże urwanie głowy. Mamy grupy rodzicielskie, były zebrania i rozbudowana papierkologia (o karcie Ekuz, która dotarła do nas w ostatniej chwili nie wspomnę). Termin się przesuwał, a jeśli chodzi o przyjazd grupy hiszpańskiej to cały czas jest ruchomy. Nasze wiosenne plany też w związku z tym zostały zablokowane, bo nic nie było wiadomo. ALE myślę, że będzie super! W tym ich miasteczku, w ich szkole, będzie też akurat grupa erasmusowa z Francji, więc całkowity multi-kulti. Całe wydarzenie (przeloty, ubezpieczenie i przejazdy) opłacone jest przez projekt, a na miejscu za wszystkie jego potrzeby odpowiada rodzina, która go przyjmuje. Wraca za tydzień!
Taka wiadomość przyszła na grupę wczoraj, od nauczycielki, która organizuje wyjazd 🙂
Taki tematyczny bidon znaleźliśmy w naszych zapasach bidonów. Barca jest tam na pewno klubem NR 1.
A taki był zaspany młody dziś w nocy, gdy go wywaliłam na lotnisku. Tam mam 7 minut na parkowanie i on sam miał pójść na zbiórkę koło pianina. Trafił!
Sobota! Pobiegane (dwie ostatnie soboty biegałam z Lilą, bo panna miała Beep-test w szkole i chciała by jej dobrze poszło), pieczywo kupione i można zaczynać weekend! Z rzeczy ważnych, które wydarzyły się w mijającym tygodniu, była także wizyta u ortopedy z Łucją! To było badanie „2 lata po operacji”. Teoretycznie rzecz biorąc, powinno było być w grudniu, ale nie dostarczyliśmy jakiegoś dokumentu i nas przesunięto. Kolejne za dwa lata, a jeszcze kolejne za pięć. Wizyta była bardzo sympatyczna, a kręgosłup panny ma się dobrze. Powinna zacząć ćwiczyć, bo odcinek lędźwiowy ma tendencję do życia własnym życiem, ale aktywność pewnie ruszy od października. Tzn. panna czasem rano biega, ale myślę że zajęcia pilatesowe były by dla niej lepsze. U lekarza stawiliśmy się za późno by ubiegać się o zaświadczenie na maturki (ten dokument trzeba było złożyć w grudniu), by panna miała mniejszą salę (egzamin z polaka jest długi, a ona może chcieć w trakcie wstać i chwilę pochodzić), ale szkoła i tak przydzieliła ją do małej sali. Problem więc ogarnął się sam!
Z rzeczy przyjemnych DZIŚ RANO zmiksowałam pierwsze tegoroczne masło z czosnkiem niedźwiedzim! Oraz tu macie roleczkę, która powstała przed chwilę, gdy siadłam na kanapę, na moich wypranych obiciach i poduchach. Jak to mówi Lilka taka opcja to life-changer, bo rzeczywiście cały dom jest od razu czystszy!
Podobno w Afryce mawiają: „It takes a village to raise a child” i bardzo mi się to zdanie podoba! By ukształtować człowieka potrzebni są i ludzie, i miejsca i określone sytuacje. Dlatego bardzo ważną rolę w procesie edukacji jest zanurzenie dziecka w zupełnie nowych warunkach!
Dziś zbierałam śmieci nad rzeką… Ochnią! Czyli w Kutnie. To taka wąska rzeczka, która meandruje przez całe miasto i pływają po niej kaczki i łabędzie. Razem ze mną pojechała Łucja, która jak wszyscy czwartoklasiści chodzi do szkoły w kratkę i razem, zgodnie brodziłyśmy po łączanym (od łąka 😉 wybrzeżu rzeki. Weszłyśmy po drodze do kawiarni na koktajl Lady Kutno (z grejpfruta i limonki) i spędziłyśmy bardzo fajny i relaksacyjny dzień. Emocjonujący miałyśmy za to powrót, bo naszym pociągiem, do którego doczepiono specjalne wagony, jechała bardzo duża grupa kibiców ze Szczecina na mecz i musiała interweniować straż kolei, więc pociąg miał opóźnienie.
Miałam kiedyś sąsiadów, gdzie ona była rekinem w korpo, a on był naukowcem. I co oczywiste, w takim układzie, dom i córkę ogarniał on. Ona wybrała dla niej szkołę, która była daleko, lecz była bardzo dobra, a on przez wiele lat ją tam woził. Gadaliśmy pewnego razu przy płocie i ja powiedziałam, że to ponad godzina jazdy (teraz pewnie wyszło by ze 2 x tyle), ale on mi odparł, że lubi ten czas, bo wtedy rozmawiają. Bardzo fajna odpowiedź i przypomniała mi się ta rozmowa dziś rano, gdy odwoziłam Łucję. Panna ma wyliczone, że do końca roku (4 klasy kończą wcześnie), zostało jej mniej niż 15 dni. I obie się na ten koniec edukacji średniej cieszymy. Ona ma jeszcze jakąś dramę po imprezie, na której była w sobotę (wyżej Wam wklejam jak ładnie zapakowała prezent) i niemalże z zegarkiem w ręku czeka aż rok szkolny się skończy. Rozmawiałyśmy także o różnych akcjach w szkołach i Łucja uważa, że koszmarna była 7 i 8 (i całe szczęście, że była pandemia), dla Lili najgorsza była 1 LO, bo zderzyła się z jakąś ogromną dawką złośliwości, za to u Mieszka słaba była piąta i szósta. Jest więc ta szkoła wielkim poligonem, lecz trudno z tego wycofać dzieci, bo w którymś momencie, muszą się z pewnymi tematami i tak zmierzyć. I nie wychodzi im na dobre, jak jakiegoś typu relacji nie przerobią, ale ważne jest, żeby NAS w tych trudnych momentach nie zabrakło.
🫚🫚🫚
Dziś pracuję z domu, więc ruszyłam ze stajnią Augiasza, czyli… LODÓWKĄ! W okienkach noszę do wanny szuflady, opróżniam półki i jest to TEN segment domowych obowiązków, którego bardzo nie lubię! Ale mieliśmy zabawną akcję w tym temacie rano… Bo zanim wsiadłam do auta, żeby odwieźć Łucję, wcisnęłam guzik „rozmrażanie”. Otworzyłam szeroko drzwi w lodówce i pojechałyśmy. W międzyczasie Mieszko i Lila wstali i czekali aż przyjadę z pieczywem, żeby ruszyć do szkół. Mieszko zszedł na dół, żeby włączyć czajnik, ujrzał to pobojowisko z lodówką i sfrustrowany wrócił do Lili: Znowu nam się lodówka sama zaczęła rozmrażać?
I wiem o tym bo to pytanie przekazała mi Lila, która odpowiedzi NIE znała. Jemu drożdżówki przekazałam jak pałeczkę w peletonie, bo gnał do szkoły, z Lilą miałam jeszcze te 10 minut. I ubawiło mnie to, bo gość JEST bardzo na bieżąco w naszych domowych AGD sprawach i pamięta, że DWA lata temu na okrągło ta lodówka sama mi się rozmrażała. Kochany ten mój uważny miłośnik sprzętów 😀
Pani na nas strasznie nakrzyczała, bo wszystkim źle poszło i niektórzy straszne głupoty popisali. Jeden gość napisał, że był tam wątek homoseksualny i zastanawiam się czy to on jest takim głąbem czy czat GPT-i z którego pod ławką ściągał tak mu podpowiedział.
A gdzie on tam homo wątek miał?
Miałam wczoraj bardzo fajne szkolenie organizowane przez Polin. Dotyczy nachodzącej akcji Żonkili i może wziąć w nim udział każdy (nie tylko pedagog), na co bardzo Was na nie namawiam. Ja ogólnie mocno siedzę ostatnio w literaturze mówiącej o latach ’30 i ’40, więc te tematy są mega uzupełnieniem wszystkiego co już wiem. To wczorajsze moje szkolenie było dla SP, a na początku kwietnia będę miała LO (tu albo tu możecie się zapisać, proszono nas by rozkolportować ten link do wszystkich chętnych).
🌼🌼🌼
I zaczęłam oglądać „Dojrzewanie”. Pierwsze kadry mnie po prostu wgniotły (główny bohater, który nie dość, że jest w wieku Mieszka, to ma dokładnie taką samą tapetę jak on), a w momencie gdy pojawiła się szkoła, która wygląda jak ostatni krąg piekła, to wydaje mi się, że wiem jaki będzie finał (lecz pls, nie spojlerujcie mi!). Miałam później z młodym pogadankę, żeby wiedział, że może ZAWSZE na mnie i na swoje siostry liczyć, bo tak naprawdę uważam, że chłopcy są dużo bardziej krusi niż dziewczęta.
Mieszko lubi sklepy z AGD. I za każdym razem gdy jedziemy razem na zakupy, pyta coś w stylu: Matko, czy możemy wejść do MediaExpert?… Wchodzimy, a tam młody zaczyna się przechadzać. Ciekawi go nie tylko sekcja gamerska, lecz wszystko. Oglądamy lodówki (ogląda jak się otwierają, czy mają kruszarki i programatory), telewizory (cale, piloty, parametry) i ja idę za nim taka zafascynowana, że KIEDY tak się stało? Lecz zdarza się, że tak podążając za nim coś MNIE rozproszy… Tym razem były to garnki. Piękne, żeliwne i ciężkie. Stałam i je podnosiłam, a w którymś momencie synek pojawił się obok mnie, bo zorientował się, że świta mu zniknęła:
Co Ty oglądasz?
Garnki. Zobacz jakie piękne. I te kolory… Pewnie ciepło w nich dłużej się trzyma i pewnie nic się nie przypala.
Przecież Ty nie masz kuchenki, matko. Chodź ze mną. Coś Ci pokażę.
I poszłam, bo słusznie powiedział. Kuchenkę mam (nie, nie gotujemy na palenisku), LECZ działają tylko trzy palniki i daję sobie z tym radę, ale jak ostatnio zobaczyłam to cudo co ma Rozkoszny (pieczenie z parą) to WIEM, że chcę więcej… No więc TO co ma Rozkoszny odpada całkowicie, chociażby dlatego, że to jest to zabudowy, a ja chcę wolnostojącą, ale puszka Pandory się otworzyła. Wiedziałam, że jak kupię sobie ten wyśniony od lat regalik będzie chciało mi się więcej… Ech, te dziewczyńskie wiosenne marzenia!