
Inne były plany na TĘ niedzielę, ale Liliana strzeliła TAKIEGO focha, że idealny plan runął. Trudno. Wyprowadziłam więc Bibs i psa się wykąpała (pierwsza kąpiel w tym roku), potem dalej działaliśmy z porządkami (okna zrobione, u dziewczyn umyła Łucja), odchochołowałam oliwkę (chyba bez problemu przetrwała zimę) i pojechaliśmy do dziadków. U dziadków był pyszny obiad i pogadaliśmy o literaturze – dziadek ubolewał, że moje dzieci nie chciały czytać książek, na których on dorastał (Przygód Tomka Szklarskiego), ale ja uważam, że obecna literatura dla nastolatków i young adults jest lepsza. To nie są historyjki na poziomie Neli zwiedzającej świat, lecz naprawdę mocne i osadzone w historii ludzkości i rzeczywistości współczesnego świata fabuły. A dominująca w fantastycznej fikcji postapokalipsa (moim zdaniem wyparło to fantasy, która była hitem w moim pokoleniu) jest zwyczajnie wartościowsza (chociażby dlatego, ze mówi o zagrożeniach jakie może przynieść przyszłość). Hasło przewodnie festiwalu języka polskiego w mieście chrząszcza: Nadzieja w literaturze, ma w takim wymiarze bardzo duży sens.
Pochwalę się też, że JAK wróciliśmy od dziadków to nauczyłam pięcioletnią sąsiadkę jeździć na dwóch kółkach na rowerze. Nie mam pojęcia, czemu mi tak łatwo poszło, ale bardzo jestem z siebie dumna 🙂











































