Dawno temu, kiedy byłam matką tylko dwóch dziewczynek, myślałam, że syn to jest coś co przydarza się kobietom szczególnym. Wyjątkowym. Wiecie: dziedzic, następca, męski odpowiednik NAS. Ale potem odkryłam, że jest dokładnie na odwrót. Córka przydarza się tylko kobietom, które to udźwigną. Bo córka jest wszystkim czym byłyśmy my i przechodzi przez wszystko, czego nam udało się uniknąć. Karmicznie ściąga przeżycia i sytuacje, w których my jakoś się prześlignęłyśmy i przerabia je sobą, w wersji, której my byśmy chyba nie dźwignęły.
Pamiętacie też na pewno, że Wasze matki – TE, które uważałyście za ciepłe, miękkie i pewnie trochę bierne, dały Wam kiedyś radę. To był ten moment, kiedy wszystko się waliło, a one wtedy urosły do fantastycznej postaci nadczłowieka i powiedziały: Zrobimy to tak. I poradziły nam mądrze i bez zastanawiania, a Wy poczułyście, jaki to jest ważny człowiek dla Was. I nie wiem czy w takich momentach zstępują na nas pokolenia wcześniejszych kobiet, ale ten słup żeńskiej energii wędruje w nas od stuleci.
I wydaje mi się, że jeżeli jesteśmy kobietami i na dodatek mamy córkę, to dostałyśmy rzecz ogromną. Mamy szansę wziąć udział w mistycyzmie nie tylko brania, ale również dania wsparcia. Posiadania córki jest czymś co dane jest kobietom silnym, bo to TAK, jakbyśmy musiały bronić siebie na nowo. Bycie kobietą to naprawdę duża sprawa, ale nie żałuję ani chwili, że nie urodziłam się chłopakiem. Mamy sporo na głowie, ale natura dała nam potężne narzędzia!
🌷🌷🌷🌷
Kwiatów dostałyśmy MORZE. Będę Wam je wklejać w kolejnych dniach, a dziś bukiet od Miłka, który dał Łucji róże, ale kupił też kwiaty „dla wszystkich kobiet w Twoim domu”. Bo dziś jechaliśmy do dziadków i babcia też Miłkowego tulipana dostała (zabierając nasz bukiet niestety omyłkowo zabrałam i jej, ale chyba się nie obrazi, bo jeszcze synek i wnuki jej dowiozły kolejne kwiaty).

