🗨 piątek, dwunastego

Wspaniały wyszedł nam wczoraj obiad. Bakłażan był chrupiący, do tego było spaghetti z sosem (Mieszko) i duszona cukinia. I wszystko zrobiła Lila, bo ja zaczęłam szaleć z odkurzaczem i mopem. I tak siedzieliśmy i jedliśmy, gdy Mieszko zapytał:

  • A Ty, w ogóle, zamierzasz iść DO MNIE, na zebranie do szkoły?
  • To dziś??! DZIŚ! Na którą? Która jest godzina??
  • Zebranie trwa od 10 minut.

Wciągnęłam resztę mojego talerza, zmieniłam spodnie, wsiadłam na rower (siodełko było mokre) i pognałam. NIE spóźniłam się, bo pierwsze 30 minut to był wykład o edukacji prozdrowotnej na sali gimnastycznej, więc uff. Omówiliśmy później nadchodzącą wycieczkę, zapisałam Mieszka na jeden konkurs kuratoryjny (zapisałbym go na wszystkie, ale i tak będę musiała kombinować z przepustką z sanato na ten jeden), bal ośmioklasisty (pani by chciała, żeby to był walc, a nie polonez jako taniec otwierający i jest to świetny pomysł, choć pewnie nie przejdzie), składkę rodzicielską, ważne daty w szkolnym kalendarzu i dodatkowe zajęcia z przedmiotów egzaminacyjnych. Lubię tę ich podstawówkę i tak mi trochę nawet szkoda, że takie duże te moje dzieci i kończymy ten etap!