No dobra, my zaczęliśmy CHWILĘ wcześniej, ale oficjalnie laba zaczyna się dziś! Krótkie są w tym roku, ale zaplanowanych do końca jeszcze NIE mamy. Przede wszystkim dziś, lub jutro z rana, dzieci bierze Diabli. Od momentu powrotu ja prałam, suszyłam i prasowałam (roleczka), żeby ZDĄŻYĆ. Na suszarce wysychają skarpetki, to ostatnia pilna partia, więc temat ogarnięty. Dzieci jadą do taty na trzy tygodnie, ale co ciekawe, na JEDEN lipcowy tydzień dołączę też do nich JA. Stęskniłam się za Hamburgiem i będę mogła trochę ze smarkami powłóczyć się po tamtej części Niemiec. Chcielibyśmy też zrobić na tych wakacjach wyjazd z dziadkami. Dziadki bardzo nam pomagają przygarniając Bibi na te nasze wyjazdy, nie dane im było w tym roku zabrać na wyjazd majowy wnuki, więc tak moglibyśmy im to jakoś wynagrodzić. LECZ nie wiadomo kiedy by to mogło być. W planie a) miało to być pod koniec lipca, ale dziadek złościł się ostatnio, że ma inne plany (cały dziadek), więc pewnie przesuniemy to na sierpień. W sierpniu chciałabym także pojechać na kilka dni z dziećmi i z Bibsem w Polskę. Dwa kierunki nam przychodzą do głowy i może się to uda?
Mamy kilka medycznych spraw. Doroczny przegląd zdrowotny zaczynam ja (pobrałam sobie z e-pacjenta skierowania), ale już wiem, że poniedziałkowy termin badań laboratoryjnych muszę przełożyć na później. Chcę wykonać też kilka badań spoza tej rekomendowanej puli, ale umawianie się zacznę od przyszłego tygodnia. Mamy dwa ważne spotkania w sprawie diagnozy Lilki (oba będą w lipcu) i wizytę z młodszymi u ortopedy (fajnie by było zaklepać jakiś termin do sanatorium na przyszły rok szkolny dla Mieszka). Duże będzie też zamieszanie z Łucją, bo panna zaczęła cykl spotkań ortodontycznych (ona strasznie zgrzyta zębami), ale to chyba nabierze tempa dopiero pod koniec lata.
Mam sporo do zrobienia w ogródku. Trawa rośnie jak szalona, ale Diabli rozpoczął proces wycinki iglaków i ja muszę to zakończyć, bo teraz wygląda to tragicznie. Nie do końca mam plan, ale w puste miejsca muszę coś dosadzić… Chcę też pomalować/odświeżyć wiklinowe kosze, które przygarnęłam ze dwa miesiące temu. Szłam ze znajomą, akurat ludzie powystawiali rzeczy na gabaryty, psy biegły przodem i ona powiedziała patrząc na czyjeś graty, że zawsze marzyła o takiej donicy. Ja jej odpowiedziałam: Bierz donicę, a ja wezmę TE kosze wiklinowe! I wzięłyśmy! Ze spraw domowych muszę również wymienić deskę w sedesie, którą połamała Lilka dwa dni przed przybyciem Agnes. Dużo tych planów, więc zabieram się za robotę!
🏖️☀️🍹
Wrzucę Wam dziś foteczki z Izmiru. Z miasta Izmir. Bo bardzo nam się ono podobało. To największe miasto w jakim byliśmy i w przeciwieństwie do Rzymu, czy Paryża, jego skład tworzą mieszkańcy (4 mln), a nie turyści (ich właściwie nie spotykaliśmy). Miasto jako żywy organizm. Orientalny megapolis. Różnorodny jak Hamburg, z dzielnicami z których każda jest inna. Jest bazar zajmujący całe stare miasto, są eleganckie dzielnice, które mogły by być w północnej Europie, są te pudełkowe domy jeden na drugim na wzgórzach otaczających miasto i port. Mamy taką refleksję z dzieciakami, że skokowo rośnie nam na naszych wyjazdach integracja z mieszkańcami. I TEN wyjazd był maksymalny jeśli chodzi o relację. Była babeczka, u której mieszkaliśmy w Cesme, która przy wyjeździe nas przytulała i się popłakała, byli funkcjonariusze na lotnisku w Izmirze, którzy pomagali szukać Łucji jej telefonu komórkowego (zostawiła go w łazience), była jakaś kobieta z córką, która w sklepie nam pomogła podając swój numer telefonu (to była drogeria, gdzie panny kupowały kosmetyki do włosów i z tureckim numerem telefonu obniżyliśmy nasz rachunek o 60%!!!), były policjantki w metrze, które nas wpuściły za darmo, bo bilety są sprzedawane tylko do południa i wymieniać mogę jeszcze dłużej. Plus to o czym już pisałam, że Turcja jest skrajnie sensoryczna. I dumna jestem z dzieci, że ten miejski kolos ich nie przytłoczył, chociaż co chwilę ktoś do nich zagadywał!


















