
To co się dzieje w sklepach przypomina chwile przed ogłoszeniem pierwszej fali pandemii 🙂 Ludzie są WSZĘDZIE, a półki pustoszeją. Dwa razy podjeżdżałam dziś do piekarni, bo ani miejsc parkingowych, ani chleba nie było. Na rynku tłumy (potrzebowałam suszone gruszki, dynię, pora oraz marchew), a jak mi się przypomniało, że potrzebuję JESZCZE puszkę z małymi pomidorkami do zupy rybnej i wylądowałam w dużym hipermarkecie, to niemalże stałam w kolejce po WÓZEK. W tym wszystkim, życie równolegle toczy się dalej. U Mieszka jego kolega chodził w pobliżu jednej koleżanki w tę i z powrotem, aż w końcu się przewrócił i tylko cudem, PRZYPADKIEM, łapiąc ją z biust zdołał utrzymać równowagę. Łucja miała Mikołajki i we flocie domowych skrzatów pojawił nam się kolejny! Za to u Lilki wychowaczyni się rozchorowała, Wigilia klasowa przełożona na „po Nowym Roku”, a ponieważ wszyscy na L4, to panna dziś lekcji po prostu nie miała! Pomogła mi więc przy pakowaniu prezentów! Btw. Jemiołę mamy w dwóch małych pęczkach, ale okazuje się, że jemioły NIE kupiła babcia, więc po prostu jeden będzie dla dziadków!
