Na początku września połową mojego etatu przeszłam do nowego działu mojej firmy. Marketingu. Wiem, wiem, połowa nie ma sensu, bo robisz pełny etat, a kasa o połowę mniejsza, ale bałam się, że coś mi nie wyjdzie i tak chciałam (asekuracyjnie) pozostać zaczepiona w edukacji. Działam więc równolegle w dwóch obszarach. W tym nowym zajmuję się treściami na social media, newsletterami i meilingiem. Rewelacyjna jest ta praca, świetny mamy zespół, tak jak już kiedyś pisałam, nie sądziłam, że można takie fajne rzeczy robić i jeszcze nazywać to pracą. Niemniej jednak roboty jest sporo.
A dziś i wczoraj mieliśmy zlot! Bardzo było fajnie, lecz powiem Wam, że nie dałabym rady osiem godziny pracować poza domem… Pobudkę miałam tradycyjnie o szóstej, odstawiłam dziewczyny, przebiegłam się z psem i po o ósmej wsiadłam w pociąg. Tylko tak ma to sens… Z powrotem byłam chwilę przed 18-stą. Zmyłam makijaż, nałożyłam dresy, wyszłam z Bibs, bo jednak spacer po nocy to zadanie dla mnie (zresztą lubię takie snucie się z psem) i szczerze mówiąc, to NIC więcej dziś nie zrobiłam. Ciasteczko wyżej (cytrynowe tiramisu) przygotował dla nas szef supportu, bo oni na nas dużo zwalają :), a niżej macie przerwę lunchową, gdy wjechało zamówienie z wegańskiej knajpy.