-Liliana

Przyjechali w nocy i na szczęście przywieźli trochę deszczu! Wolno te chmury napływały, lecz od 16-stej LUNĘŁO. Już obsycha, ale poprawa jakości powietrza OGROMNA. Ja jakby nie było na parkruna NIE dotarłam, po pobudka o trzeciej oznaczała, że nie śpię do piątej. Od rana mamy za to Matiego, który przybył z wielkim pudłem prezentowym dla Łucji, gdzie i odzież, listy, pluszak, ramka ze zdjęciem, czekoladki, a nawet czipsy!
Mamy dzień prasowania (bo sporo ubrań przywieźli wypranych), prania (gdyż kilka brudnych jednak było) i jedzeniowych wynalazków (jak zabrałam się za robienie placków to okazało się, że mam tylko mąkę kukurydzianą). Z Mieszkiem podskoczyłam po chleb i do serwisu telefonicznego, a z Lilką poszłam na wieczorny spacer. Pokażę Wam kładkę, jaką spotykam na spacerze Bibs. Jak się pojawiła, na wiosnę, to bałam się po niej przejść. Kiedyś weszłam i się cofnęłam. A teraz przechodzę już bez problemu, nawet trochę szybciej czy idąc w japonkach. Czy to letnia równowaga, czy oswojenie z przeszkodą – nie wiem, ale to miłe!

