Pestki wiśni i prawie Monako

  • Niesiesz coś dla lisów? – zapytała znajoma patrząc na czerwoną siatkę, w mojej ręce.
  • Nie, to pestki z wiśni, bo drylowałam. Wywalam na polach…
  • Wiem. Jest za mało drzew.
  • Widzę, że znasz temat!

Chodzi o taką akcję sprzed dwóch lat, żeby przyczyniać się do dzikich nasadzeń drzew owocowych. Aaaale to, że niosłam pestki oznacza, że skończyłam wiśnie! Niewiarygodnie się tym zmachałam… Te eko wiśnie to na dodatek mają małe pestki, więc dłubania było sporo! Byłam też w dwóch szkołach, gdzie wiedziałam, że są miejsca w III klasach i w jednej wniosku mi NIE przyjęli (bo spojrzeli na wyniki Łucji z egzaminów ośmioklasisty i to nie ich pułap, a to naprawdę nie był jakiś nie wiadomo jaki ogólniak), za to w drugim przyjmował gość od WOS-u i na hasło, że Łucja na maturze chce zdawać poszerzony WOS zapalił się, że wypchnie ją na Olimpiadę (niestety nie od niego zależy czy ja przyjmą, ale podanie zostawiłam). I załatwiłam jeszcze jedną urzędową sprawę i gdyby nie to, że spaliłam po drodze patelnię (bo chciałam sobie jajko zrobić i zajęłam się odpisywaniem na meila), to dzień byłby PEŁEN sukcesów. Wdzięczność dla mojego psa, bo Bibi mi zwróciła uwagę, że w kuchni mam żywy ogień i ten pies jest jednak cu-do-wny!

Dziś towarzystwo zdobyło jakąś gigantyczną górę (wyżej), a niżej wczorajszy spacer….Te Karlove Vary to wyglądają jak Monako! Wiecie, że tam kręcili Casino Royal?