Doesn’t seem to matter what I do, I’m always number two.

Z Ken’s Song, którą polecam odsłuchać! 😀

1-go sierpnia zawsze mamy przesilenie. Za nami połowa wakacji i ja czuję, że się NIE wyrabiam. Atrakcje, coś tam do zrobienia i wszystko zaczyna się nawarstwiać. Trzeba przyspieszyć sprawę ze szkołą Łucji, bo robi się krucho z czasem, dom nie posprzątany, wpadają jakieś zaległe wizyty lekarskie, na mnie spoczywają pracowe obowiązki, a trójka nastolatków stale COŚ ode mnie chce. Łucja chce, żeby jej pomóc zrobić zdjęcia urodzinowe i upiec specjalny tort, w kinach dwa filmy co to je chcemy zobaczyć i jeśli nie teraz (tanie środy) to kiedy? Biegam z miejsca na miejsce, zbieram szklanki oraz talerzyki i czasem wydaje mi się, że jest dobrze, a wtedy w polu widzenia pojawia się Mieszko, który UMIERA z głodu i wymownie GŁASKA się po brzuchu… Pies nie chce chodzić na spacery z nikim innym oprócz mnie i nawet to NIE wypada mi z grafiku Dziś byłam z Lilką u jednego specjalisty, co to mamy regulaminową wizytę na przyszły tydzień. A w przyszłym tygodniu dzieci będą z tatą! Więc chciałam ją przełożyć, albo wcisnąć się na miejsce pacjenta, który się nie stawi… LECZ dziś byli wszyscy i kolejną wizytę mamy na… październik. Zostały opróżnione (w końcu) tornistry i kupkę makulatury zasiliły stare ćwiczenia i zapisane zeszyty. Plecaki już w pralni czekają na swoją kolej, a wiśnie to nie wiem, kiedy przerobię… Cykam tak po kawałku, ale nie jestem jeszcze w połowie drylowania, czyli piątkowa wyprawa po borówkę sensu NIE ma żadnego. ALE damy radę, a DZIŚ poszliśmy do kina! Na Barbie! To bardziej musical i manifest, ale podobał nam się. Zupełnie czegoś innego się spodziewałam, myślałam, że to będzie taka utopijna opowieść o świecie, gdzie zachodzi przemiana, a to było (spoiler) o zderzeniu dwóch rzeczywistości i to element którego NIE lubię. Coś jak Lego Przygoda… Ale zdecydowanie jestem zachwycona modą na kicz i światowym zasięgiem idei akceptacji samego siebie. Tutaj macie roleczkę z nami w kinie (nie mam Lili, ale miała sukienkę w różową kratę, a Łucja różowy sweterek), a Mieszko i Mati ogólnie są KEN-ougt!

Łucja rowerowa wracająca z paczkomatów (ja byłam wtedy na spacerze z Bibs i przyuważyłam ją za płotem!):