-„I Love Dick”, czyli polecony gdzieś przez kogoś serial o kobiecej obsesji. Na Amazonie i rewelacyjnie się to ogląda, a ponieważ PRASUJĘ kanadyjskie brudy, to mam przy czym!
Lilka ciągle śpi. Ten Jet Lag to taki wynalazek, że panna zasypia o 15-stej, budzi się o 21-szej, dwie godziny się z nami snuje i znowu śpi. Wstaje o szóstej, chwilę się kręci i zasypia. No cóż, widocznie TAK ma być. Na tej naszej wyjazdowej grupie wszystkie matki to teraz przechodzą, w takiej właśnie formie.
Panna przyleciała w niedzielę i lecąc TU mijała aż DWA wschody słońca. Ten nad Gibraltarem był podobno przepiękny. Wrażeń ma mnóstwo, ale nie chce się nimi dzielić. Ja podobno też taka byłam, że te przeżycia były MOJE i nie chciałam ich puszczać dalej. Miałyśmy spięcie, bo mi wygarnęła, że ja nie chciałam jej wysłuchać na początku, że jest jej źle. Prawda. Objechałam ją, że ma na naszą domową grupę nie wrzucać żali, bo to nie fair wobec Łucji i Mieszka. Więc zrobiła dramę TAM na miejscu. Powiedziała mi o tym babeczka, która z nimi była, że Lila miała problemy aklimatyzacyjne na początku, ale nie informowała mnie o tym, żebym się nie martwiła. Za to przejęła się tym bardzo kadra i postawili ją na pierwszym miejscu i uczynili priorytet by poczuła się dobrze. To taka bardzo w jej stylu akcja… Zaangażujemy WSZYSTKICH! Nie żal mi gościa, którego miała w samolocie z Frankfurtu do Polski, który btw. był przystojnym 30 letnim Niemcem (lecieli Lufthansą), który pilnował by stewardessy jej NIE budziły i zbierał dla niej WSZYSTKO co rozwoziły, by jej to po JEJ obudzeniu PODAROWAĆ. Ale żal mi tego Mike-a, któremu urządziła dramę, że to jest NOT WORTH IT i ze skąpych relacji mam wrażenie, że temu ciepłemu Kanadyjczykowi urządziła coś na kształtu syndromu Sztokholmskiego (gdzie Lilka była oprawcą) i że w życiu nikt go tak z błotem nie zmieszał… ALE ONA tak potrafi. Powiedzieć takie rzeczy, że boli. Pomijając jednak te kilka początkowych dni, zabawa była doskonała i ta druga LILA była „jak inna osoba” (tak mi powiedziano). W walizce przywiozła górę dziwnych snacków oraz ZERO syropu klonowego (bo zapomniała). Chce jechać znowu, ale na dłużej! Jeśli chodzi o wartość edukacyjną takiej wyprawy, zakładam, że TO poczucie, że DAŁA radę oraz, że wszędzie się odnajdzie, zostanie z nią na zawsze. Dla mnie (KIEDYŚ)takie oderwanie się, było na tyle istotne, że gdy coś mi NIE szło na miejscu, albo rzeczywistość mnie przytłaczała, WIEDZIAŁAM, że tu i teraz życie się nie kończy. Bo być może tu i TERAZ to po prostu NIE jest moje miejsce. Wspiera mnie takie poczucie całe życie i jest to najlepszy możliwy antydepresant.







