kołowrotek

  • Synu, ubieraj się. Jedziemy.
  • Gdzie?
  • Do dwóch ogólniaków złożyć podanie dla Łucji, a ja nie mam gugiel map.
  • Ok.
  • Jak zdążymy przed dentystą Lilki to wpadniemy do Biedry po zeszyty dla Ciebie.

Nie zdążyliśmy. Taki mam kocioł przez ten przenosiny do innej szkoły, że szok. NIE ma miejsc nigdzie, a pod koniec lata narobiło się korków, a NIE skończyły się roboty drogowe, więc wszelkie przejazdy trwają długo. Jutro znowu ruszymy, bo jeszcze jeden pomysł nam do głowy przyszedł, ale przy tej szamotaninie doszłam do wniosku, że Lilka, po drugiej klasie, SZKOŁY zmieniać NIE będzie. I zła jestem na tę Łucję bardzo. Tłumaczyłam dziś Diablowi, że nie rzucasz pracy, bo CHYBA wygrałeś w lotto. Jak wygrasz to rzucisz. Do tego czasu siedzisz cicho i się nie wychylasz co to Ty nie zrobisz! A tak mamy napięcie i nerwy, a ja też mam moje obowiązki, że o sprawach domowych nie wspomnę. Na obiad wyrobiłam się tak, że podałam budyń z jeżynami i jabłka w cieście, więc zakładam, że wszyscy podobnie jak ja są już głodni.

Tymczasem panna najstarsza wróciła z Krakowa! Pojechali tam na urodziny Matiego – to był taki wyjazd niespodzianka (miał być na dworcu z plecakiem), bo Łucja zabrała go do VIP kina! Są takie wynalazki w Polsce dwa (Wrocek i Kraków), gdzie nie dość, że oglądasz film w małej sali (wybrali „Gran Turismo”) to jeszcze masz nielimitowane KINOWE jedzenie: pop-corn, nachosy z sosami i napoje. Poszli również tradycyjnie do Mangga Cafe na wystawę, glony oraz ramen i chyba głównie się włóczyli. Nocleg mieli w airbnb, a wrócili zadowoleni oraz PRZEZIĘBIENI.

Lato 2023- edukacyjne!

Drugi dzień pada, lato się chyba z nami żegna, więc czas na podsumowanie! Stylistyczne już wrzuciłam na szafę, a teraz tak ogólnie! Było to kolejne najcieplejsze lato w historii, ale przydarzały się też nawałnice, grady i podtopienia. Dalej trwała wojna na Ukrainie, choć doszły incydenty tajemniczych zniknięć polityków po stronie rosyjskiej. Rodziły się bliźniacze zwierzęta: parę dni temu dziko żyjąca rysica miała ponad ponad przeciętną ilość młodych, a w lipcu to samo wydarzyło się rodzinie czarnych bocianów. Zaczęliśmy się bać sztucznej inteligencji, za to ogłoszono koniec stanu epidemiologicznego związanego z Covidem. Na początku czerwca był marsz w obronie demokracji i w sumie to temat nadchodzących wyborów nieźle nas nakręcał. Regenerowały się dalej Łucji plecy (pozbyliśmy się gorsetów) i lato jest bardzo potrzebnym elementem terapii. Remontowo poprawiałam mój ogródek i podoba mi się osiągnięty efekt. Jeśli chodzi o dom, to duma, że uszczelniłam po raz kolejny strych i elegancko odświeżyłam białe ściany.

Mieszkańcy południa Europy wypoczywali na północy, a Zakopane okazało się odkryciem dla turystów z Dubaju. Brzmiało to wszystko niewiarygodnie, lecz obie informacje miałam potwierdzone z pierwszej ręki. Udało mi zrobić grilla (pierwszy raz od wielu, wielu lat) i pojechałam pierwszą w życiu integrację! Cieszy mnie nasza cykliczna już wyprawa nad morze, bardzo udała się nam wyprawa na Podlasie i zaskakująco miła była Ryga. Podoba mi się, ze dzieci widzą potrzebę realności i cenią takie migawki jak kontakt z przypadkowymi ludźmi. Przejazd trolejbusem, gdzie ktoś śpiewa dziecku kołysankę, zetknięcie z kontrolerem biletów, rozmowę z gburowatą panią w okienku. To wszystko tworzy szerszy obraz danej kultury i to wyjątkowe, że oni nie nakładają słuchawek i nie wyłączają się na to, lecz to chłoną. Z tatą dzieci były w Czechach (Karlove Vary) i w Niemczech (Drezno, Lipsk), a Mieszko dotarł nawet do duńskiego Legolandu (czyli jest ich wynik max w ilości odwiedzonych na wakacje krajów).

Było edukacyjnie. Najważniejszym wydarzeniem lata była wyprawa Lilki do Kanady. Przeżywaliśmy ją długo przed wyjazdem, w trakcie i cały czas jest to temat, do którego wracamy. Na kursie języka niemieckiego w Hamburgu były obie panny, a Mieszko był na konwencie kultury japońskiej, gdzie wziął udział w wykładach. JA to w ogóle odleciałam z tą ilością kursów języków obcych i miękkich szkoleń tego lata! Mamy też edukacyjny motyw przewijający się całe lato, czyli zmianę szkoły u Łucji, która dodajmy: w lecie pracowała!

  • Trend: SAMOZBIORY! Ależ to było dobre! Zbieraliśmy wiśnie i jagodę kamczacką. Miała być też borówka, ale nie wyrabiałam się w przebieraniem. Nie dotarliśmy za to po raz kolejny na plantacje lawendy!
  • Jedzenie: Szparagi! Zawsze wałkowaliśmy je w jeden sposób i bez specjalnego zachwytu, za to w tym roku pojawiły się w nowych wersjach: jak dla mnie zdecydowanie wygrywają takie z anchois!
  • Owoc: wiśnia. Dostałam wino z wiśni, nalewkę z wiśni i narobiłam słoików z dżemami TYLE, że może starczy do stycznia?
  • Deser: semifreddo. Przypomniał mi się w środku lata i warto, żebym pamiętała o nim w przyszłym roku. Tradycyjnie dużo było też serniczków.
  • Innowacja kulinarna: przestawiliśmy się na duże kubełki jogurtów. Takie litrowe. Kupujemy już wielkie wiaderka twarogu, pięciolitrowe baniaki wody, a teraz też jogurty. Tak jak już pisałam: nie wiem czy to się opłaca, ale lubię taki wariant.
  • Książka: na chwilę obecną czytam Babel i polecam. Tak myślę, że Schronisko było świetne i przeczytała je też Łucja. Lilka kolejny rok ogólnie dużo czyta, a Mieszko postanowił przeczytać Kubę i Amelię oraz Amelię i Kubę (to taka wprowadzające w różnice w myśleniu chłopców i dziewczynek), ale widzę, że idzie mu średnio.
  • Trend: koncerty! Łucja była na kilku, włącznie z Open Airem i urodzinami Maty, a na przyszły rok bilet na muzyczne wydarzenie ma już Lilka.
  • Środek transportu: mniej było pociągów (niż zwykle), był samolot (Ryga, Kanada), ale był też prom! Promem płynęła Łucja z Helu do Gdyni na koncert i promem płynęłam Lilka na wyspę Vancouver.
  • Film: Barbie i Oppenhaimer. Tego drugiego NIE widzieliśmy, ale to tak często się pojawia, że ostatnio doszłam do wniosku, że powinnam ze względu na Ciliana obejrzeć kolejny sezon Peaky Blinders.
  • Sport: kajaki (och jak się cieszę, że udało nam się je zrobić na Podlasiu, ale ja też na integracji płynęłam) i rowery! Dwukołowce nie jakoś intensywnie, ale używamy!
  • Seriale: to jest studnia… Z Lilką oglądamy Stamtąd i jest to pierwszy nasz film, którego nie zarzuciłyśmy po kilku odcinkach. Ja od siebie mogę polecić Wszystkie kwiaty Alice Hurt (Amazon), który jest extra. Jak podobały Wam się Ostre Przedmioty na HBO, to to jest podobne. Łucja ogląda natomiast Office (tego jest naście sezonów!!!), a Mieszko czeka aż ruszymy we dwójkę kolejny film z Universum Star Wars, czyli Asokę.
  • Wystawa– miasta właściwie omijaliśmy, ale będąc na Podlasiu, zajrzeliśmy do Muzeum Sybiru i to było ważne miejsce!

Nie miałam tego lata urlopu. Takiego, że jedziemy gdzieś i nie ma nas dłuższą chwilę i tęskno mi za tym czasem, kiedy to było możliwe. Nie było wypadów do miast i na festiwale. Ani Literackie, ani kulturalne, ani kulinarne. Cały czas nie zrobiona jest podłoga na dole. Nie udał się też patent z tamtych wakacji, że inni rodzice gdzieś jadą z którymś moim. Ale tu pojawił się poboczny wątek, że kolejne pary przestały być razem (chyba takie mamy czasy) i te dzieci w takich sytuacjach są przesuwane na inną porę. Mieszko nie wziął udziału w żadnych półkoloniach, bo wyprawa Lilki nas dość wydrylowała. Był taki plan jeszcze na początku lata, a tak naprawdę tego lata on był najbardziej stratny…

Niemniej jednak to było udane lato! Porwaliśmy się z motyką na słońce i daliśmy radę.

Na przyszły rok nie chcę przegapić morza i Podlasia. To Podlasie, to spróbujemy z Bibs zrobić! Niezmiennie przyciąga Dolny Śląsk, a Diabli namawia nas na Niemcy. Zaległe od dawna są Bieszczady, ale męczę się podczas długiej jazdy autem, a w góry chwilę się jedzie…W planie max w przyszłym roku latem, Łucja robiłaby prawko. Co oznacza, że muszę ich chyba rozdzielić i coś zorganizować dla Lilki i Mieszka? Zlatuje ten letni czas zdecydowanie za szybko!

Czeska Lilka – fotka jeszcze z wakacji z tatą

Słonecznik, jeżyny, malinowe z gruntu i kukurydza

-dzisiejsze zakupy na rynku – decyzje co kupować podejmował razem ze mną Mieszko

Miałam dziś w nocy koszmar… Śniło mi się, że dzwonią z mojej starej szkoły, że już ułożyli grafik na nowy rok dla mnie. I ja otwieram meila i widzę, że dużo tego jest. Zaczynam myśleć: jak to się stało, przecież ja już mam inną robotę?? To dwa etaty mam robić?? Technicznie się da, ale ja NIE chcę! Może mnie wywalą? Co mam zrobić, żeby zerwali ze mną tę umowę? Nie będę chodzić na zebrania, oleję wszystkie szkolenia i nie wezmę żadnego zastępstwa! Tak się zestresowałam, że obudziłam się o tej szóstej i poszłam z Bibi na spacer 🙂

Tymczasem miałam dziś ostatni angielski, potem spotkanie zespołu i w końcu wyjaśniło się, że tylko połowę etatu będzie mi zajmować nauczanie. Reszta będzie przeznaczona na inne rzeczy i strasznie się z tego cieszę.

Byłam DZIŚ z Mieszkiem oglądać rowery. Jeden mu się podoba i MOŻE we wrześniu dostanie nowy? Rok temu nowy dostała Lilka, młody jest zdecydowanie za duży na obecny (na miarce przy drzwiach wychodzi, że w ciągu lata doszło mu sześć centymetrów???), a kupowanie po sezonie jest całkiem opłacalne. Zresztą on do szkoły na rowerze jeździ cały rok!

Śmiesznie wyszło z tymi rowerami, bo sklep zamknięty i wisiała kartka (będę za 30 minut), więc poszliśmy do spożywczego, gdzie spotkaliśmy mnóstwo znajomych i z każdym gadałam… A potem wróciliśmy do tego sklepu dzierżąc zakupy w rękach (auto było zaparkowane gdzieś dalej). I Mieszko niósł kubełek z twarogiem… Taki ELEGANCKI młody człowiek: wybierał rower z wiaderkiem w ręce 🙂

Ostatni Łotewski set:

Wyżej Jurmala, niżej Ryga!

poniedziałkowe lądowanie

Lecimy z kolejnym tygodniem – ostatnim przed rokiem szkolnym! Łucję dziś rano odwiozłam na dworzec, bo panna ruszyła na ostatnią wakacyjną wyprawę: wycieczkę z Matim. Ukochany ma urodziny (chyba dokładnie dzisiaj) i Ł. wymyśliła, że pojadą sobie na trzy dni do pewnego miasta! On ma teraz trudniejszy okres, bo jego tata postanowił ułożyć sobie życie i związał się z babką, która ma czteroletnie bliźniaki! A ponieważ jego rodzice mają opiekę naprzemienną, to w jego świecie pojawiły się dosyć duże modyfikacje. Chłopaki już mu nawet narobiły szkody, bo zniszczyły płyty do Fifa (chyba chodzi o grę). Jadą więc młodzi odpocząć, a my tutaj działamy dalej.

Najważniejsza sprawa w nadchodzącym tygodniu to ogólniak panny najstarszej, ale cały czas NIC nie wiadomo i wcale to wszystko dobrze nie wygląda. Jej fizycznie nie ma, lecz i tak, to czy ja gdzieś wepchnę odbywa się na linii rodzic-szkoła, więc jak może się odstresować, to prawidłowo. Poza tym mam zmiany w pracy, więc siedzę z kompem i odwalam szkolenia oraz tutoriale, które umożliwią mi wprowadzenie kolejnych zmian w grafiku i sposobie pracy. Na czwartek mam dentystę z Lilką, a w środę w nocy odbieram Łucję z dworca. Kupowanie podręczników przekładamy na wrzesień. Ma być upalny ten tydzień, ale gdyby popadało, to chętnie bym poszła na jakieś grzyby… NIC kulturalnie nie planujemy, bo i tak czuję się przytłoczona tą ilością ważnych punktów, ale jak ruszy wrzesień powinno być więcej wiadomych!

Łotewskie migawki:

Stacja, na której omyłkowo wysiedliśmy i utkneliśmy tam na półtorej godziny. Poszliśmy wtedy do sklepu spożywczego po lody (oraz suszone rybne snaki, które skończyły jako przekąska powitalna dla Bibi) i ze zgrozą patrzyliśmy jak chłopcy bawią się na torach – my jednak żyjemy w takim bezpiecznym, osłonowym świecie, gdzie nie układa się już kapsli na torach (chociaż ja to robiłam jako dziecko!). Cudowny był ten dworzec!
Ryga i trolejbus, których tam pełno. Bilety są kartą magnetyczną i wszędzie jest znaczek kury. TO chyba jakieś totemiczne zwierzę miasta 🙂
Droga na bagna
Akademia Nauki z innego krańca

Uzdrowisko nad Bałtykiem

Mieszkaliśmy w hostelu. To taki nasz stały rodzaj miejscówek, wygrała cena (trzy noce za cztery osoby poniżej 100 euro) oraz lokalizacja (trolejbusem kwadrans do centrum). Łazienka była na korytarzu, ale była czysta, dostaliśmy również pościel i ręczniki. W sumie to bardziej był hotel robotniczy, bo na Łotwę przyjeżdżają ludzie z azjatyckich republik byłego ZSRR (komunikacja jest po rosyjsku, a zarobki jednak w Euro), lecz nie mieliśmy z nimi problemu. Było cicho i spokojnie. Któregoś razu wracaliśmy późno i oni gadali przez komórki przed wejściem i jeden zaklął komentując jakąś sytuację z drugiej strony słuchawki, ale gdy zauważył nas, to od razu skruszony przeprosił! Albo w dniu wyjazdu poszłam do kuchni po kiszonki, które trzymałam w lodówce i siedział tam taki wyrośnięty (20-letni?) blondas z głubinki (czyli tej części Rosji, która jest DALEKO) i powiedziałam mu Dzień Dobry. On coś sie żachnął, więc dodałam: Nie taki znów dobry, a on się wtedy rozmarzył, że byłby dobry, gdyby żona była tu koło niego. I z takim rozmarzonym o tej żonie spojrzeniem go tam zostawiłam 🙂 Tak zwyczajnie i pozytywnie..

Jeśli chodzi o zakupy, to z Rygi przywozi się balsam Ryżski, czyli rodzaj alkoholu ziołowego (my mieliśmy tylko bagaż podręczny, więc i tak nie mogliśmy płynów kupować), bursztyn (upatrzyłyśmy sobie pierścionki, ale podobnie jak o czekoladkach zapomniałyśmy o nich) i wyroby z drewna. My kupiliśmy natomiast orzeszki piniowe (kiedrowyje orieszki), które świeże są przepyszne. Te ze sklepu NIE zbliżają się smakowo do takich świeżych. To tak jakbyś równał młode orzechy włoskie z takimi przesuszonymi z torebki. Śmieszna była akcja, kiedy podeszliśmy do tej babki z orzechami i suszonymi owocami, bo dziewczyny chciały wielkie morele… Mówię więc, że chciałam „aprikoty”, tylko nie wiem ile… [ja to słaba jestem w tych gramach i dekagramach) i może tak z dziesięć sztuk? I ONA na mnie nakrzyczała, że „diewuszka, ja NIE będę WAM ich liczyć, dam WAM tyle!” 😀 I potem zapytała CZY COŚ jeszcze, ja dalej NIE WIEDZIAŁAM CO i ona mi na to powiedziała, że „izraelskije finiki charoszije”, czyli że daktyle z Izraela (wielkości dużego jajka!) są dobre i RZECZYWIŚCIE były doskonałe!

Jurmala i Park Narodowy Keremi. Jedzie się tam pociągiem, pociągi są takie, że nie wsiadasz z poziomu peronu robiąc wielki krok, lecz wsiadasz z poziomu ziemi i masz ponad metrową drabinkę do poziomu wagonu. Mieliśmy w tym parku pewien kryzys, bo Lila NIE chciała tam iść, moja wina zresztą bo operowałam papierową mapą i upierałam się, ze 1 cm- to 200 metrów, a Lilka w połowie trasy mi rozłożyła tę mapę i okazało się, że patrzyłam na zoom, a tak naprawdę 1 cm to 750 metrów 🙂 W Jurmali zwróćcie uwagę na drewniane domy, kwiaty na latarniach, ażurowe altanki w parkach i płaską plażę.

A to już droga do Keremi. Wypłowiałe domy, drewniane dworce i park!

jaszczurka
Zwróćcie uwagę na BUNT Liliany. Panna idzie BEZ butów.

Skok na kanapkę z kawiorem!

Wiecie gdzie leci się 45 minut, bilet w środku lata mieści się w kwocie dwucyfrowej, a na dodatek przelatujesz do innej strefy czasowej? Do RYGI! Lot mieliśmy krótki, bo samolot miał opóźnienie i pilot NADGANIAŁ, lecz z powrotem czas wyniósł 50 minut, czyli niewiele więcej (tu rolka z lotu). Łotwa jest w strefie euro, więc jest to dość wygodne, karmią jak w całej Pribałtice dobrze i w sumie to wyszedł nam kolejny wyjazd powyżej naszych oczekiwań! Wszędzie jest blisko, a komunikacja miejska i podmiejska jest gęsta, tania i systematyczna. Zwiedzanie dobrze jest rozpocząć od wjazdu na dach Akademii Nauk (ichniejszego Pałacu Kultury, budowanego na podobieństwo siedmiu sióstr Stalina), skąd widać całe miasto (roleczka). Ryga jest ładna, kompaktowa i przyjazna. Z dachu widać cztery kopuły – to hale, w których Niemcy trzymali zeppeliny, a teraz mieści się tam gigantyczny targ. W jednej z hal są ryby, owoce morza, kiszonki i kawior. I teraz się skupcie! W moim uniwersum BYŁY do tej pory dwa kawiory: czarny i czerwony, a okazuje się, że jest ich WIĘCEJ. DUŻO więcej. Wiecie jak się je kupuje? Sprzedawczyni poprosiła bym zacisnęła dłonie w pięści i na zewnętrznej części (tak jak testowanie kremu) układała mi w pewnych odstępach po trzy, cztery ziarenka różnych odmian. Bym sobie WYBRAŁA, który mi NAJBARDZIEJ smakuje! W ten sposób znalazłam IDEALNY i taki też kupiłam (porcję kanapkową). Poszliśmy potem do piekarni, gdzie dorzuciłam do zestawu wielkie, puchate croissanty (one mi bardziej do kawioru pasowały niż bułka) i zasiedliśmy w parku. Siedzimy i WTEM słyszę, że coś GRA… Okazało się, że tuż obok trwa koncert zespołu 5nizza, czyli kapeli, którą uwielbiałam na studiach!!!

Pojechaliśmy również do Jurmali (fotki z tej części jutro, a tu rolka) – która była kiedyś najsłynniejszym Bałtyckim kurortem. Bałtyk tam jest inny. Bez fal, a gdy ruszysz w wodę, to idziesz długo i cały czas jest płytko. Są tam najdroższe nieruchomości na Łotwie, bo domy budują tam Rosjanie i porozumiewaliśmy się właśnie po rosyjsku. Łotysze są bardzo przyjaźni do Polaków i absolutnie nie mieliśmy niemiłych sytuacji. W Jurmali dostaliśmy zaproszenie na baraninę na kolację, LECZ nie dotarliśmy do nich, bo ruszyliśmy dalej i utknęliśmy w Kemeri. To mieszczący się kawałek dalej Park Narodowy z bagnami. Trasę Ryga-Jurmala-Kemeri dobrze pokonać pociągiem. Jedzie się przez takie wioski, które mają atmosferę filmów Michałkowa. Mityczna, przedrewolucyjną Rosja. Drewniane dworce, stare pociągi, drzewa mirabelkowe, wypłowiałe wille ozdobione ażurowymi ozdobami z drewna oraz długie i chude dzieciaki gnające na rowerach z telepiącą się wędką.

Bardzo nam się ta Łotwa podobała. Gdyby ja równać z Litwą, to Litwa jest bogatsza, więcej tam knajp, luzu i atrakcji, ale Łotwa nadgania cudownym klimatem i autentycznością! 🙂

Niżej jedna z atrakcji miasta. Tu mieszkali Czarnogłowi, czyli bractwo założone jeszcze w XIII wieku, które chroniło karawany kupieckie. Nie mogli mieć żon, nazywali siebie Rycerzami Króla Artura i zgromadzili naprawdę pokaźny majątek. Wywodzili się z Egiptu, dlatego „Czarnogłowi”.

Łotewska Akademia Nauk:

Widzicie po lewej cztery hangary? TO właśnie Centrāltirgus.

Fragment koncertu. Właśnie leci Sołdat:

A to znowu ulica. Ryga była częścią Hanzy i również (w sensie i Lubeka, i Anwerpia także) słynęła z czekolady. Tak sobie myślę, że może dlatego, ze mieli dostawy kakao z Afryki? O czekoladach zapomnieliśmy. Mieliśmy upatrzone, ale w końcu wyleciały nam z głowy.

Trafiliśmy na kręcenie filmu oraz wpadliśmy na Johna Malkovicha. Trochę niewiarygodne nam się to wydało, ale rzeczywiście on siedzi teraz w Rydze, bo jest tam jakaś wystawa fotografii z nim oraz ma jakąś rolę w Ryżskim Teatrze.

Wyżej pomnik Wolności – on jest zielonkawy. Niżej natomiast Mieszko w sklepie ze słodyczami, gdzie był PRIME. To taki napój co na całym świecie ludzie go sobie wyrywają, Lilka w Kanadzie nie znalazła, a w Rydze był! Dobry? NIE. Za słodki. Ale za to w sklepach są Tymbarki w smakach jakich u nas NIE ma. Aloesowy Tymbark jest wybitny! Z odkryć nastoletnich były też jakieś unikatowe bubble tea.

miny po spróbowaniu 😀

Tura kolejna (dla niektórych jeszcze nie ostatnia!)

  • Panny, która ma apkę tych linii lotniczych? Łucja?
  • Nie. JA ją mam. Łucja ma tę drugą.
  • Dobra Lil, to Ty ogarniesz odprawę.
  • Doba przed odlotem?
  • Technicznie rzecz biorąc tak, ale przecież nie będziesz tego w nocy robiła. Zrobimy w dniu odlotu.
  • TO ma sens, bo ludzie lubią siedzieć obok siebie i jak sie logujesz jako pierwszy to zawsze przydzielają Ci miejsca w dwóch różnych końcach samolotu, żebyś musiał dokupować miejsca. A jak będziemy robić odprawę godzinę przed odlotem to może będą względnie obok siebie.
  • Może się udać. Najwyżej będziemy siedzieć rozrzuceni.

Jak te dzieci się tak rozjeżdżają to odkrywasz, że życie może być tanie… Idziesz na rynek, robisz sobie proste potrawy zużywające domowe zapasy do których dorzucasz tę cukinię czy pomidora i nagle okazuje się, że gdyby nie żarcie dla zwierzaków do sklepów wcale można by nie chodzić. I gdzieś tak po drodze wpada Ci świetny pomysł z krótkim wakacyjnym wypadem… Ruszamy właśnie z pakowaniem, za niedługo zbieramy się do dziadków, tam zostawimy Bibs i jedziemy dalej! Wylot dziś w nocy, a powrót w sobotę rano. Krótko, ale dłużej nie damy rady!

Uzdrawiające wibracje

Byłam dziś na poprawkowych maturkach. Siedziałam w komisji z języka polskiego i tak właściwie zleciał mi caaaały dzień. Podrzucę Wam artykuł o emocjach, bo tak jak patrzyłam na tych nastolatków, co to im nogi latały w nieustannych podrygach, to mi się przypomniało, że o tym czytałam. Bo ogólnie warto emocje przerabiać na ruch, w ten sposób zejdą z nas prędzej. Pytania nie były trudne, baa tak sobie pomyślałam, że chyba nawet Mieszko, potrafił by JUŻ coś w takich kartach egzaminacyjnych zrobić.

I znowu poniedziałek!

Przed nami kolejny dość napięty tydzień, ale z tęsknotą zerkam na wrzesień, że MOŻE wtedy COŚ się rozluźni? Jakby nie było na środę mamy fryzjera z Mieszkiem, jutro gdzieś tam jestem potrzebna, a dziś pojechaliśmy zrealizować voucher co to go dostałam do jednego szwedzkiego sklepu. Czasu mieliśmy do końca tygodnia, więc nie było co czekać, a przy okazji obejrzeliśmy (tu macie roleczkę) krzesła gracza, które to może Mieszko dostanie na urodziny? Styczeń w końcu już niedługo! Z plusów, przyszły właśnie meilem zaświadczenia dla dziewczyn o ukończeniu kursu. Nie dostaje się ich automatycznie, ale napisałam do nich, że jest mi taki dokument potrzebny, więc poproszę o wystawianie takie wewnętrznego certyfikatu i DOSTAŁAM!

I jeszcze jeden, i jeszcze RAZ!

Świętowań jak to u nas SPORO, więc dziś następna tura urodzinowa Łucji! Było z tatą, będzie z Matim (bo on jest z końca sierpnia i „plany na obchody” są na wakacyjnej wyprawie WE DWOJE), no a dziś było celebrowanie siedemnastki z dziadkami! Torcik zamówiłam na tygodniu – panna chciała BEZOWY i w tym upale zdmuchnięte zostały świeczki po raz kolejny!

Podsumowania już były, dorzucę więc tylko, że po-wakacyjny Diabli jest pod ogromnym wrażeniem talentów adaptacyjnych całej trójki. Nowe miasta, nowe miejsca i nowe kraje nie wywołują w nich żadnych obaw czy blokad. Mieszko chciał iść do toalety i w takim Europa Passage, które było sąsiednim budynkiem ją bez problemu odnalazł. To centrum handlowe, a taki przybytek (w-c) w Niemczech jest płatny i ukryty na ogół w określonym (jednym) miejscu paropiętrowego budynku. Liliana stoczyła rozmowę z babką na stacji benzynowej na temat jakichś voucherów, a obie panny łatwo poruszają się w każdym miejskim systemie. To rzeczywiście jest niezłe. Znam więcej takich egzemplarzy, ale z całą pewnością nie jest taki każdy.

U dziadków, jak to u dziadków, uraczeni zostaliśmy wspaniałym obiadem, rozmawialiśmy o uzdrowiskach leczących naftą (taki temat nam wypłynął), systemie kolonialnym w XIX wieku (czytam Babel i ta książka jest rewelacyjna!) i SUP-ach. Widziałam niezły filmik o zlocie sup-ów w Petersburgu przed paroma dniami i nie znałam Rosji od takiej wyluzowanej strony. Za to TERAZ, lokalnie, czekamy WSZYSCY aż trochę chłodniej się zrobi, to wybierzemy się na grzyby!