Tydzień pierwszy powoli się kończy…

U Lilki rozpoczęły się zakończenia kursu, bo była pierwsza grupa, która właśnie zakończyła swoją dwutygodniową przygodę i wyjeżdża. Panna zastanawiała się, czy będzie podrzucanie czapek, ale było lepiej, bo do wielu przyjechali rodzice by wziąć w takiej, z pompą przygotowanej, uroczystości! Zawsze wiedziałam, że jestem wyrodną matką, bo JA na jej zakończenie NIE będę jechała 😀 Jakby nie było wyjeżdżają szkolne queens, które były z Kolumbii i Lilkę to dość cieszy, bo trochę się ich bała… To ciekawe, bo nie sądziłam, że ona ma jakieś mechanizmy samozachowawcze, ale wygląda na to, że jednak ma! Teraz śpi, ale rano ci co zostali (60-70%) ruszają na kemping! Będą nocować w głuszy, mają specjalną listę CO zabrać i łączność na chwilę nam się urwie. Gdy wrócą do campusu, znowu będzie pełny, bo na miejsce tych co wyjechali przyjadą kolejni! Panna głównie przyjaźni się chyba z Japonkami i ostatnio jak były w galerii handlowej pomagała im wybierać torby płócienne, a później one kupiły sobie po 40 (???!!!?) szminek. Za to Lilka kupiła sobie książkę na drogę, bo wzięła jedną i przeczytała ją już w samolocie (o zakupie w księgarni wiemy, bo płaciła revoultem, którego to apkę na telefonie ma Łucja, więc starsza siostra ma podgląd). Towarzyszka z pokoju zostaje i bardzo dobrze! „Studenci” byli również na wyprawie na jakiś nocny market, gdzie było mnóstwo rękodzieła, lecz ją to nie zainteresowało i poszła w tym czasie do Starbucksa. No i git 🙂

Niżej macie towarzystwo zebrane przed Campusem. Jak widać wszyscy mają szafirowe koszulki, a niżej macie strzałkę na Lilkę 🙂

Stołówka. To samo: dwie fotki, na drugiej strzała na naszego przedstawiciela!