Tydzień minie, lato zginie?

Nie, raczej jednak. Jeszcze chwilę powinniśmy się w tym upale kisić 🙂

Jechałam dziś z Lilką do fryzjera (panna podcięta!) i rozmawiałyśmy o różnych kolorach MOICH włosów. Czy miałam kiedyś brązowe? TAK, miałam. Gdy oni byli już na świecie, ja systematycznie farbowałam na blond i pewnego razu pomyślałam: czekoladowe! I był to wybór zły, Diabli patrząc na zdjęcie wykrzyknął: brałem ślub z blondynką i kolejnego dnia jechałam do salonu farbować. I na szczęście byłam u dziadków i było kim dzieci zostawić…

Wszystko to przypomniało mi się, bo wczoraj jedna dziewczyna na zoomie powiedziała: Zamażę tło, bo robię remont. Pierwszy raz od siedmiu lat NIE mam dzieci, bo wyjechały i albo się popłaczę, albo zrobię remont. I strasznie to wyznanie wzruszyło, bo ja TO pamiętam! Że dopóki Mieszko nie poszedł do przedszkola JA przez te osiem i pół lat nie miałam chwili bez nich i wszystko było szarpane i robione po łebkach… Fryzjer? Jak pojechałam do rodziców i na chwilę zostawiłam ich babci. Lekarz? Z dziećmi w gabinecie. Zakupy? Z nimi w koszyku. I tak się człowiek to tego przyzwyczaił, że GDY pojawiły się chwile bez nich, to nie wiadomo było CO robić?? Teraz widzę, jakie to trudne było!

Za to DZIŚ, w tej rekreacji WOLNEGO człowieka DUŻYCH dzieci pojechałam na rynek (czereśnie i pomidory) oraz zrobiłam badanie techniczne auta! Gość podbił, chociaż muszę żarówkę wymienić! Łucja beczy, że ona chce do Paryża i dlaczego Mati nie pojechał do Chorwacji, TYLKO do Paryża, a Mieszko chce iść z kolegami do kina (LECZ nie mogą ustalić na CO?). Jutro rano za to sobie pobiegam!