Po liść klonowy

  • To ma być wyspa?
  • Tak mówiła.
  • To sześć tysięcy kilometrów różnicy od tego poprzedniego miejsca!
  • Poważnie? Bo to drugi koniec kontynentu. Duzi jednak są.
  • I dodatkowe PIĘĆ godziny różnicy!
  • To niezły Jet Lag będzie. A jaka tam temperatura?
  • Podobna… TAM są orki! 20 sztuk przy samym wybrzeżu. Matko! Tam NIE ma morza! Tam jest od razu ocean! I to Spokojny, a nie Atlantyk! Gdzie Ty mnie wysyłasz???!

Wybór szkoły językowej dla Lilki zaczął się wczesną wiosną. Byłyśmy wtedy na specjalnych targach, gdzie panna rozmawiała z przedstawicielami różnych szkół. Odrzuciłyśmy od razu Maltę i chociaż bardzo nas namawiali na Szkocję, to też odpadła. Jest taki problem, że co trzeci Europejczyk do 21 roku życia pochodzi z Polski, czyli WSZĘDZIE jesteśmy. A jeśli już jechać, to gdzieś gdzie towarzystwo będzie INNE. Doskonała była szkoła ze Szwajcarii. W ubiegłym roku dotarła tam tylko dwójka dzieciaków z Polski, a trzon ekipy stanowili Azjaci. Campus w starym Chautox, francuski Master Chef, prywatna sala kinowa i baseny. No ale najbardziej pannie spodobała się Kanada. Osoba z którą rozmawiała miała foldery i pokazywała jej na laptopie gigantyczny campus położony w lesie w stanie Maine (Nowa Szkocja). Jeśli oglądaliście Heaven, to było tam: jeziora, niedźwiedzie i piękne plaże. Program pobytu był akademicki i każdy wybierał profile na jakich chce się przez te dwa tygodnie uczyć. Czy to ma być matematyka, szachy, podróże, czy jeszcze coś innego. Dzieciaki głównie z Ameryki Południowej (Kolumbia, Brazylia).

Wyszłyśmy stamtąd obładowane fantami z różnych placówek i zaczęłam myśleć. Drogo, więc może coś znajdę TANIEJ? Ale w necie pustynia. Wakacje z angielskim to na ogół pobyt w hotelu z basenem („zapraszamy całe rodziny”), gdzie w sali konferencyjnej dziecko ma 4 h angielskiego dziennie. A tak naprawdę NIE chodziło mi o ten angielski, bo Lilka jest z niego bardzo dobra, lecz o PRZYGODĘ, nowe środowisko, o rozmach i perspektywę burzącą ten Liliowy realizm. Zdecydowanie ta Kanada biła o wszelkie długości ofertę konkurencji.

Dłuższą chwilę (wpłacona już była ponad połowa) naszą decyzję ukrywałyśmy, bo jak wypłynęła, to jednogłośnie z każdej możliwej strony zostałam zrąbana: SKĄD ja wezmę kasę, jakie wakacje zapewnisz pozostałym dzieciom/ona jest za mała/może po maturze/itd. ALE któż to wie, co będzie za rok? Zresztą te kursy są dla dzieci 13-17 lat. Fakt, nic nie zapewniłam RESZCIE, ale za rok budżet pójdzie na Łucję (prawo jazdy + osiemnastka), czyli może za dwa lata na Mieszka? Potem czas mijał i NIC się nie działo. Ja zbierałam środki na kolejne wpłaty, a panna się powoli wczuwała. Kupiłyśmy syrop klonowy w Lidlu i po konsultacji z tutorem wybrała profil skupiony na retoryce i dyskusji. I jak byliśmy nad morzem wszystko gruchnęło, a ja odetchnęłam z ulgą… Jak coś idzie za gładko, to czuję DUŻY niepokój. Szkoła w Maine miała za mało zgłoszeń z innych krajów i organizatorzy się bali, że NIE będzie wystarczająco różnorodnie. Wtedy nastąpił bardzo burzliwy tydzień, kiedy propozycje zaczęły się zmieniać. Była jakaś elitarna szkoła w UK, było US, no ale potem pojawiła się wyspa Vancouver i ona przeszła!

Panna poleciała dziś rano. Do Frankfurtu, tam ma przesiadkę i stamtąd leci prosto do Kanady. Śmiesznie było bo gdy była ta pierwsza destynacja, to lot miał być do Toronto i tam mieli się przesiadać na inny samolot. Ja wtedy zapytałam: Czy nie może po nich jakiś autokar podjechać, ale mi odpowiedzieli, że to 3000 km! 😀 Po wylądowaniu wsiadają na prom i płyną na wyspę, gdzie mieści się szkoła. Ten obóz ma inny program. Będą jeździli na kempingi, pływali łodziami i właściwie to nie wiem co jeszcze. Z Polski razem z nią poleciało TRZECH chłopców i babeczka, która ich przepilotuje i będzie łącznikiem z nami. Pochwalę się Wam, bo jestem z tego dumna, bo odwiozłam ją o 4:30 na lotnisko, wysadziłam na odlotach i pojechałam zaparkować. I nie chodzi o to, że zapłaciłam rekordowo dużo, ale zaparkowałam w mega wąskim miejscu (bo innych nie było). A ja jestem typem, który parkuje ZAWSZE daleko od wejścia, żeby nie trzeba było kopertek robić (i najbardziej na świecie zazdroszczę ludziom kamerek w autach). I zaparkowałam TAK, że po bokach miałam centymetry. Nie można było ani otworzyć drzwi, ani ich rozsunąć, więc wysiadałam i wsiadałam PRZEZ bagażnik. Ludzie patrzyli z podziwem, ale nie był talent, lecz fart i histeria.

Lila BARDZO chciała jechać. Całą wyprawą do sanatorium chciała pokazać, że ona DA sobie radę. Przedwczoraj w nocy rozwiązywała jeszcze jakiś test do tej szkoły, który ją przydzieli do grupy (140 pytań!!) oraz pisała ESEJ o sobie. Będę Wam tę jej wyprawę relacjonować. Ale na początek macie naszą fotkę z 4:30, więc wyglądamy średnio, TU jest link do flight radaru jej lotu z Frankfurtu do Kanady (jak widać lecą nad Grenlandią), a niżej wklejam jej fotkę z Polskiego jeszcze lotniska.

Niżej dane Airbusa, którym leci TAM (wracać będzie inaczej). WIEM, nudne, ale strasznie jestem tym podekscytowana! Jej podróż potrwa ponad dobę, w sumie to będzie lecieć cały czas w dzień (WIĘC ma spać), na pokładzie ma mieć podusię, ekran tv w oparciu przed sobą i trzy posiłki (co nie zmienia faktu, że w tym Frankfurcie ma wszamać jakąś foccacię, bo na tych niemieckich portach zawsze dobrze karmią włoskim żarciem).