nasi na ołpenerze

Selfiaczki koncertowe: w pelerynie i z kryształkami, rzut na scenę i TWARZ po koncercie

Na wyjeździe miałam na głowie czwórkę dzieci, LECZ tylko do czwartku… BO… w czwartek, pod wieczór, Łucja z Matim ruszyli na Openaira! Bilety zdobywali jeszcze we wrześniu, a w całą akcję włączyła się mama Matiego, która zabukowała w Gdyni nocleg JUŻ od czwartku (wszyscy wracają JUTRO). Wejściówki mieli na WCZORAJ, gdyż w piątek miał występ Arctic Monkeys, których to koszulkę Łucja zamówiła JUŻ w listopadzie! Btw. jak widzicie wyżej tej bezcennej koszulki NAWET nie było widać…

W planie a) młodzi mieli z Helu pojechać kolejką, która biegnie przez cały półwysep i skręca do Trójmiasta, LECZ na miejscu odkryliśmy, że można tam dotrzeć żeglugą morską! Podróż drogą wodną ZAWSZE jest niezwykła, niszowa i EGZOTYCZNA, więc wariant wygrał. Wsadziliśmy ich na końcu cypla, a w Gdyni odebrała ich mama Matiego (która też odwiozła i przywiozła ich z koncertu). Biorąc pod uwagę, że wyszli stamtąd po pierwszej w nocy, a w trakcie, jak to na Openairze, PADAŁO, teściowa Łucji jest cudowna i po raz kolejny okazała się być nieoceniona!

A koncert? Podobał się! Siedzieli w tej przestrzeni festiwalowej od 14-stej, Łucji w jakimś namiocie przykleili do twarzy KRYSZTAŁKI, podobno NIE zagrali JEJ ulubionego kawałka, ale impreza jak najbardziej udana!

tutaj idą na STATEK – to była cała logistyka, bo KAŻDE miało dwa plecaki: jeden z zestawem ubrań plażowych i TE „brudy” zostały ze mną ORAZ osobno zapakowany MIX ekskluzywny-miejski, który wzięli ze sobą do Gdyni
Na pokładzie katamaranu OPAL zabawa była przednia!

Pomachaliśmy i poszliśmy na churrosy!