Końcówka maja to oczywiście napięcie końca roku szkolnego. U Lilki jest luz, Mieszko chyba doszedł do wniosku co będzie to będzie, za to u Łuczy jest zagadka. Zbiega to się w czasie z zalążkiem pomysłu, by zmienić szkołę i z tym jest spore zamieszanie. Te dwa lata temu, profil który wybrała był niszowy i w większości szkół go nie ma. Tzn. JEST jeśli zaczynasz pierwszą klasę, bo wos-geo-ang okazał się idealny dla tych co ciągle myślą CO dalej, LECZ nie ma jak sprawdzić KTÓRE klasy trzecie (od września) taki profil mają. Na stronach szkół takiego info nie ma, a szukając po planach lekcji trudno się domyślić. Niby „tego” mają więcej, ale „tego” też mają bardzo dużo… Idąc do klasy o innym profilu panna powinna zdać egzamin z dwóch lat z innego poszerzonego dla danej klasy przedmiotu/przedmiotów, a to nam się NIE uśmiecha… Jedyną więc ścieżką jest chyba obdzwanianie szkół? Tylko jak to się do tego zabrać? Jakby nie było do końca maja ja mam kumulację egzaminów, więc zaplanowany na ten tydzień fryzjer z Mieszkiem stoi pod znakiem zapytania. No ALE gdzieś tam pomiędzy będę próbować ruszyć sprawę szkół i MOŻE coś tam podłubię w ogródku? Do Lilki jadę jutro z książkami, bo panna nie ma co czytać! Łączny czas korzystania z komórki wyszedł jej siedem godzin tygodniowo (!!!), za to sporo czyta i oddaje się życiu towarzyskiemu. Co jeszcze… Wyciągnęłam z szafy letnie torebki (katastrofa) i jedna z nich zastąpi tę zimową co to z nią cały czas śmigam… Ach no i w czwartek mamy Dzień Dziecka, ale CHYBA nie świętujemy (bo nie ma Lilki!).
<><>
Pokażę Wam bransoletki. Bo w końcu kilka zrobiłam sama siedząc przy jakimś on-line szkoleniu. Zaczęło się od tego, że chciałam czerwono-żółto-zieloną, jaką widziałam na czyjejś ręce w necie, a NIKT takich nie miał w ofercie. Lilka powiedziała, że zielony to jadeit, żółto-brązowy to tygrysie oko, a takie czerwono wiśniowe to może być przyciągające obfitość bawole oko. Jak zamawiałam to przy okazji wzięłam kilka kulek przezroczystego kryształu górskiego, krzemienia pasiastego i czarnego onyksu… Ach no i różowo-żółty mozaikowy Arganit. I tak powstały trzy, więc zachwycona łatwością tworzenia (powinnam sprawić sobie też takie kulki stopujące, bo pod nimi można schować supełek) zamówiłam dłuższe sznury azjatyckich kamieni z Alika. I powstały z tego DWA zestawy trzech bransoletek (dla mnie i dla Lutki): seledynowo-mleczny jaspis, indyjskie agaty (idealne dla Ryb i Wagi, czyli mamy oraz mnie , a dające spokój oraz równowagę) oraz African Bloodstone (Krwawnik Afrykański), mający zapewnić bezpieczeństwo, ochronę i siłę (nosili go żołnierze!). Działa nie działa – NIE wiem, ale wyglądają takie kamienie dobrze, więc jak macie ochotę to można zrobić. Potrzebne tylko kulki, gruba igła i gumka silikonowa! Łucja mnie dręczy, że ona chce się nauczyć się robić na szydełku, więc potrzeba tworzenia siedzi gdzieś tam w każdym z NAS!

