–rzeczywiście (z Lilką) ZDARZA nam się w nocy JEŚĆ!!!
Panna odstawiona do sanatorium. JUŻ myślałam, że te atrakcje ZA nami, lecz Lilka prosiła o to i chciała IŚĆ. Bo, lepsze to niż chodzenie do szkoły, bo zawsze po wyjściu jest się wyższym te kilka centymetrów i bo „to bardzo ważne, żeby to przeżyć”. Wszyscy stamtąd wychodzą w LEPSZEJ formie, gdyż „nawet czterolatkom robi się trzypak”. I tym razem BEZ Łucji, bez jej fame-u i JEJ znajomych. Baaaa, Mieszko zapytany czy on też chciał by kiedyś iść, powiedział, że TAK. Zrobił się z tym mały bigos, bo postanowiłam go zapisać do ortopedy (rzeczywiście, on jest taki wiotki, że biorąc pod uwagę historię medyczną sióstr, jego chętnie wezmą) i okazało się, że nie mam zgłoszonych dzieci do Zus-u. U osoby takiej jak ja, która ciągle zmienia pracę i miewa okresy BEZ ubezpieczenia, to nie nowość, ale tym razem zagapiłam się i musiałam szybko wczoraj dosyłać do pracodawcy jakieś formularze.

Wizyty muszą być zaplanowane (wstępnie ustaliłyśmy poniedziałek, czwartek i sobotę), odbywają się w takiej poczekalni na dole, a na najbliższe spotkanie musze jej przemycić nóż i czajnik (obie te rzeczy są zakazane, a przy przyjęciu jest czasem kontrola bagażu). Panna wzięła sobie górę książek, laptopa, LEKTURY, a pierwsza relacja jest dużym zaskoczeniem, bo okazało się, że zamiast dwójek pokoje są czteroosobowe (remont któregoś oddziału). Muszę jej też dowieźć kolarki (gorąco) i przedłużacz z rozgałęźnikiem. Wypis za jakiś miesiąc, po drodze muszę również podskoczyć do szkoły z dokumentem z sanatoryjnej szkoły… Będzie się działo!

