
No i nie wiadomo co z tą łapką. BOLI, ale na razie nie robimy NIC. Ruszać rusza, sinika nie ma (wolałabym, żeby był), ale nosi ją tak trochę w powietrzu. Do szkoły (dziś) jakby nie było poszedł, a wczoraj na pocieszenie dostał schomikowany deser Łucji. Panna uwielbia te turecki galaretki, zwane również rachatłukum i najbardziej lubi RÓŻANE. Nie jest TO złe! Nie wiem czy jesteście fanami Anhtonego Bourdain, które już niestety nie ma, ale dużo jest w necie jego funpagów. I na jednym z nich był fragment wywiadu z nim, że dzieci nie powinny być foodies, bo jest coś dziwnego w matkach przechwalających się, ze ich William kocha sushi z tuńczykiem. I rzeczywiście, dużo się mówi, że dziecięce kubki smakowe są zbyt wrażliwe i że dzieci mają prawo być niejadkami! 🙂 A więc może i niejadek, ale turkish deligt lubi! 😀
Poza tym wpłynęły aż TRZY dobre wiadomość, więc chyba zaraz w tej euforii pojadę po Łucję! Panna po niemieckim ma bloczek lekcji, które przeprowadza z kawiarni. I ostatnio poszło średnio, bo jednak było u niej głośno… Pojadę więc po nią i przywiozę do domu, to WOS zrobi z auta, a fizykę już z domowego zacisza. I szykujemy się do weekendu. Żadne wielkie plany, ale coś TRZEBA zrobić! Btw. tu jest też niezła rozmowa o tym, że warto potrafić COŚ ugotować!
