
Moją przerwę czytelniczą (w poczekalniach) wypełnia obecnie październikowy „Przekrój”. Wolno mi idzie, bo mało ostatnio wszędzie czekam, ale dziś wchłonęłam artykuł, który wydał mi się wyjątkowo trafny. Jest to wywiad i rozważania gościa, który wyszedł z Islamu i co kilka lat religię zmieniał (i była to zmiana pełna, nie testowa, nie zmiana badacza, lecz realna potrzeba kultu i szukania tego własnego). Ja też uważam, że w człowieku jest bardzo silna potrzeba wiary. Jak bardzo byśmy nie byli racjonalni CHCEMY ładu, sprawczości i porządku. Zbierając śmieci na spacerze z psem liczę na to, że dobro wraca, pomagając starszej osobie w sklepie mam nadzieję, że moim rodzicom gdy mnie obok nich nie ma, też ktoś pomoże. Itd. Po latach chudych przychodzą tłuste, a solidność popłaca. Ale równocześnie rodzi się w nas sprzeciw do masowej i nazwanej już Boskości.
A czekałam w Urzędzie, bo w tym wielkim planie wymyśliłam, że TERAZ będę robić COŚ czego nie potrafię i w tym celu potrzebne jest mi pewne szkolenie. Na które mnie nie stać. I wygląda na to, że będę miała je sfinansowane. Kruczek tkwi w tym, że musi się zacząć w nowym roku (bo to są jakieś programy aktywizacji zawodowej, które mają swoje zasady), czyli do stycznia wielka zmiana nie nastąpi. Za 3 tygodnie i tak pochłonie mnie operacja Łucji, czyli musimy TYLKO jakoś wytrzymać. Zobaczymy jak nam to wyjdzie. Bardzo mnie pozytywnie naładowało to dzisiejsze spotkanie, kręci mnie ta wizja czegoś zupełnie nowego, chociaż od jutra ma być już zimno i chyba będę musiała włączyć grzanie…

