Łucja wróciła wczoraj i zbombardowała nas wrażeniami. Podobało jej się. Tempo mieli zawrotne, NIE wszystko przebiegało zgodnie z planem, ale ja go nie znałam, a to co opowiadała jest imponujące. Zjeździli całą Szwajcarię, chociaż noclegi mieli przy granicy, na terytorium Francji. I tam mieszkają najpiękniejsi mężczyźni na świecie. Jeden w sklepie z pocztówkami był tak oszałamiający, że Łucja aż zaniemówiła, a GDY jechali autokarem i na przystanku autobusowym stał klon Timothee Chalamet-a, to pół autokaru (sporo było dziewczyn z humana) piszczało, że ZOBACZCIE jaki on piękny :DDD Trafili na wykład z fizyki kwantowej w muzeum Einsteina, zajrzeli do muzeum Freddiego Mercurego, weszli do niezliczonej ilości kościołów i sporej liczby zamków. Byli w Muzeum Olimpijskim (gdzie Łucja kupiła kartki dla Matiego) i w kasynie (podobała jej się ruletka). Odwiedzili też muzeum sera i przywiozła mi SER, który PODOBNO (bo ona nie jada) jest bardzo dobry, ale WIE, że bardzo śmierdzi. Odebrała społeczność szwajcarską jako bardzo przyjazną. Panna opowiedziała historię o tym jak chciały z koleżanką siąść na ławce, ale ławka była mokra i jakaś pani dała im chusteczkę do wytarcia tej ławki -> i takich incydentów było więcej!






Od rana byliśmy poza domem, DZIŚ również było gęsto od zadań i emocji, jutro natomiast mamy imprezę, więc na szybko pokażę Wam nasze dyńki! Robiłam z Lilką, jedna jest „ZSZYWANA”, szycie jest oczywiście umowne, bo to druciki, druga to mroczny SMILE, który rzuca dzień a’la Wonder Woman, albo Pokemon -> wyszło to zupełnie przypadkiem, ale jest świetne!


